U2 – Songs Of Experience

u2 songs of experienceLeżącego się nie kopie. Taka jest podobno niepisana zasada. Ale co w momencie gdy leżący sam nadstawia się pod buta krzycząc dodatkowo, że wszystko jest w jak najlepszym porządku?

Taką drogę postępowania przyjęła ekipa U2. Nie trzeba mieć sokolego wzroku aby zauważyć, że zespół od lat sukcesywnie obniża loty. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Bono z kolegami nic sobie z tego nie robi i dalej nabija portfel żerując na sentymencie fanów. Równie słabe są tłumaczenia, że zespół ten już wszystko osiągnął i nikomu nie musi niczego udowadniać. Ok – nie musi. Tak samo nie musi nagrywać płyt. Na przykład „Songs Of Experience” w ogóle nie musiała powstać. Świat by tego nie odczuł.

W zasadzie nie wiadomo po co została ujawniona i nagłośniona cała otoczka związana z powstawaniem krążka – pisanie nowych tekstów nawiązujących do obecnej sytuacji na świecie itp. Wygląda to na wytłumaczenie w stylu „słuchajcie – jest słabo ale to dlatego, że….”. Mnie to nie rusza, podobnie jak teksty, nad którymi w ogóle nie ma sensu się pochylać. Skupmy się na muzyce.

Już na dzień dobry słuchacz dostaje od zespołu prosto w twarz. W „Love Is All We Have Left” Bono korzysta z auto tune. Brzmi to komicznie/tragicznie i odbiera resztki chęci do słuchania dalszej części. Na szczęście jest to jedyny taki wybryk i reszta „Songs Of Experience” nie sprawia już takiego bólu. Nie sprawia też żadnej radości czy przyjemności. Nowy album U2 spotkała najgorsza możliwa muzyczna przypadłość – totalna obojętność.

Album nie pozostawia po sobie żadnych odczuć. 51 minut (w wersji deluxe 67) spędzonych z tym wydawnictwem nie wywołuje żadnych emocji. Mamy natomiast wrażenie, że wszystko to już było. Słyszeliśmy to wielokrotnie ale wcześniej było zdecydowanie lepsze niż jest teraz. U2 żeruje na sentymencie fanów serwując nam kolejną kopię swoich dokonań(z każdą kolejną kopią tracąc na jakości). Czasem prezentuje się to lepiej, czasem gorzej.  Momentami Bono z kolegami brzmi jak Coldplay. Jeszcze jakiś czas temu nie pomyślałbym, że role obu zespołów się odwrócą.

Nie będę ukrywał – prawdopodobnie każdy fan U2 odnajdzie na „Songs Of Experience” momenty, które będą kojarzyły mu się pozytywnie z wcześniejszymi dokonaniami zespołu. Sam przy kilku fragmentach potupałem nogą. Ale tu rodzi się pytanie: jaki jest sens wzbudzania takich skojarzeń skoro można sięgnąć bezpośrednio do źródła, które prezentuje zdecydowanie wyższą jakość? Tam w moim przypadku było tego tupania zdecydowanie więcej i sprawiało większą radość.

Ktoś w Internecie słusznie zauważył, że z „Songs Of Innocence” i „Songs Of Experience” można było zrobić jeden album wybierając z obu krążków ich najlepsze elementy. Efekt byłby zdecydowanie lepszy a samych utworów z „Songs Of Experience” zdecydowanie mniej niż z poprzednika. W wielu głowach pojawia się pewnie również inne pytanie. Czy w 2017 roku ktoś jeszcze potrzebuje U2, zwłaszcza w formie prezentowanej na przestrzeni ostatnich kilku/kilkunastu lat?

Nowy album oznacza pewnie nową trasę koncertową urządzoną z wielką pompą i miliony świeżych dolarów w kieszeni. Ważne, że „hajs” się zgadza. A rozczarowanym fanom pozostają wszystkie świetne wydawnictwa stworzone przez zespół przed ponad ćwierćwieczem – „Songs Of Experience” to album do kurzenia się na półce, kupiony po to aby nie było luki w dyskografii.

Moja ocena -> 4/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *