None – VII

none viiMój pierwszy kontakt z muzyką None miał miejsce prawie 10 lat temu przy okazji bardzo szczytnego wydarzenia – akustycznego koncertu upamiętniającego przedwcześnie zmarłego Olassa (byłego członka zespołu). Koncert odbył się w dniu, w którym Olass skończyłby 30 lat i został wydany w postaci albumu „My Only Heart Of Lion” i w takiej formie trafił w moje ręce.

Przyznam szczerze, że zrobił na mnie duże wrażenie – głównie ze względu na akustyczną konwencję nawiązującą wyraźnie do pięknych czasów serii MTV Unplugged. Co ciekawe, wersje koncertowe dużej części utworów wypadły nawet lepiej niż ich albumowe odpowiedniki. W tamtym czasie moja konfrontacja ze studyjnym dorobkiem None nie zakończyła się wielkim sukcesem.  Niby wszystko było ok ale nie porywało zatem po stosunkowo długiej przygodzie z „My Only Heart Of Lion” bydgoska ekipa została odstawiona na boczne tory.

Od 2009 roku w None w zasadzie niewiele się działo. Światło dzienne ujrzał tylko krążek „Six”, który w moim przypadku przeszedł bez większego echa. Zatem gdy w moje ręce wpadł „VII”, wydany po 6 latach przerwy, byłem sceptycznie nastawiony. Jak się okazało – zupełnie bezpodstawnie.

„VII” praktycznie od pierwszych sekund zwyczajnie wciąga. Na krążku tym jest wszystko czego brakowało mi w czasie słuchania pierwszych wydawnictw zespołu. Zacznijmy od tego, że etykieta „nu metal”, która została przyklejona do zespołu, tutaj nie ma raczej racji bytu. „VII” podciągnąłbym pod metalcore i to taki z górnej półki.

W zasadzie niczego tutaj nie brakuje: mamy ciężar, bardzo solidny warsztat muzyczny, wokal o bardzo dużych umiejętnościach no i przede wszystkim przebojowość. Jest ona specyficzna jak sam gatunek ale prawda jest taka, że już po pierwszym przesłuchaniu jesteśmy w stanie przypomnieć sobie i zanucić dużą część utworów.

Otwierający album „A Place Of No Regret” po chamsku wbija się do głowy i nie chce jej opuścić. Jeszcze bardziej bezczelnie robi to „What We Say To Death”. Złudzenie złagodzenia brzmienia przynosi spokojny fragment „Fantasies”. Jednak wrażenie to jest bardzo szybko sprowadzane na ziemię. Praktycznie przez całe 38 minut zespół nie bierze jeńców i katuje słuchacza.  Początkowo myślałem, że album jest za krótki. Po kilkunastu przesłuchaniach wydaje się, że te 38:11 to idealna dawka i przy kilku dodatkowych utworach słuchacza mogłoby dopaść zmęczenie. A tak jest (stosunkowo) krótko, zwięźle i na temat.

Ekipa None w swojej karierze zahaczyła m.in. o Metal Mind i Mystic. „VII”  zostało wydane własnym sumptem. Podobnie od początku kariery funkcjonuje chociażby Obscure Sphinx. Jest to dla mnie o tyle dziwne, że przy takim poziomie obu ekip zasługują one na solidne wsparcie i promocję.

W jednej z recenzji None nazwano polskim DevilDriverem. Z jednej strony jest w tym dużo racji, z drugiej „VII” bije na głowę wszystkie albumy Amerykanów. Oprócz wysokiej jakości stworzonego materiału, na uwagę zasługuje też produkcja – „VII” brzmi dobrze i potężnie. Swoje 5 groszy do krążka dorzucają też goście. Moim zdaniem najlepiej wypada tu Łukasz Zieliński w zamykającym album „Ordinary Day”.

Po jego końcowych dźwiękach w głowie pozostają skrajne odczucia: podziw, że po raz kolejny materiał na światowym poziomie stworzyli nasi rodacy oraz żal, że nie dotrze on do takiego grona odbiorców na jakie zasługuje. Liczę, że na „VIII” nie będziemy musieli czekać tak długo jak na „VII”;)

Moja ocena -> 8/10

2 myśli nt. „None – VII”

  1. Oj, inspiracja DevilDriverem jest aż nadto wyraźna. Zarówno w warstwie muzycznej jak i wokalnej. Jakby ktoś był złośliwy to by mógł powiedzieć, że to więcej niż inspiracja a kopia… Rozumiem, że „dobre bo polskie” ale w tym przypadku to chyba nie działa…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *