Black Sabbath – 13

black sabbath 13Jestem wielkim fanem Sabbathów z okresu Ozzy’ego i Dio. W domu na honorowym miejscu stoją ich albumy od debiutu aż po Mob Rules. Przyznam jednak szczerze, że jakoś nie specjalnie czekałem na ich nowy „wytwór”. Cała historia reaktywacji składu z pierwszym wokalistą oraz nadejścia nowego krążka była długa i nudna niczym coraz to nowsze wieści o transferze Lewandowskiego z Borussii w świat:) Nie poruszył mnie „God Is Dead?” czyli track zapowiadający Trzynastkę. Nie przesłuchałem całości z wypuszczonego przez zespół streama. Co z tego wszystkiego skoro i tak w dniu premiery od razu po pracy udałem się do pewnego sklepu na S po swoją kopię? Po powrocie do domu czekała mnie chwila mocowania się z folią zabezpieczającą no i po krótkim czasie krążek wylądował w odtwarzaczu. Już po kilku pierwszych dźwiękach cofnąłem się w czasie o dobrych kilkanaście lat kiedy to w pełni świadomie, z własnej woli poznawałem twórczość zespołu. Weterani znający Sabbathów dłużej mogą cofnąć się nawet do 1970 roku. Od tamtego czasu minęły 43 lata ale jakoś bardzo wyraźnie tego nie czuć. Trzynastka brzmi podobnie jak debiut i Paranoid. Pierwsze co rzuca się tutaj w uszy to „wyeksponowany” bas. Są zespoły i płyty, na których jest problem z jego wyłapaniem. Tutaj tego nie ma, wszystko jest bardzo dobrze słyszalne i przykuwa uwagę. 13tka to 8 kompozycji, 5 z nich trwa powyżej 7 minut. Mi przy pierwszym przesłuchaniu najbardziej wpadły w ucho 2 z 3 krótszych utworów – „Loner” – w miarę szybki, oparty na nośnym riffie oraz „Zeitgeist” czyli taki „Planet Caravan #2”. Mamy tutaj bardzo podobny klimat oraz totalnie nietypową solówkę. „Zeitgeist” trwa ponad 4,5 minuty ale gdy się kończy to w głowie pozostaje wrażenie, że było to zdecydowanie mniej czasu i utwór jest za krótki. Ostatni z krótszej trójki – „Live Forever” muzycznie prezentuje się nieźle. Drażni natomiast Ozzy z tekstem „Well I don’t want to live forever but I don’t want to die”. Takie to proste i banalne… Zazwyczaj staram się skupiać na muzyce traktując tekst jako dodatek do dźwięków ale tutaj nie do końca dałem radę. Przechodzimy do rzeczy dłuższych. Otwierający album „End Of The Beginning” to z początku udane ksero otwieracza z debiutu. Z czasem utwór nabiera mocy, uwagę przykuwa też Ozzy, który brzmi zdecydowanie lepiej niż na swoich solowych wydawnictwach. Od Black Sabbath i Paranoid minęło ponad 40 lat a różnica w jego głosie nie jest drastyczna. Kilkanaście przesłuchań sprawiło, że przekonałem się do „God Is Dead?”. Jest to najdłuższy fragment Trzynastki, rozbudowana, wielowątkowa kompozycja z ciekawą solówką. „Age Of Reason” to przede wszystkim mnogość motywów serwowanych słuchaczowi przez Iommi’ego. Jako całość jednak wypada słabiej od reszty i mnie osobiście nie rusza. Tę lekką niedogodność w pełni rekompensuje „Damaged Soul”. Tu w moim przypadku pojawia się pewien paradoks – początkowy riff tak cholernie kojarzy mi się z Kyussem, że już chyba bardziej nie może. Problem w tym, że to Iommi wymyślił wszystkie fajne riffy, reszta je kopiuje/przerabia i kojarzyć powinno mi się w odwrotnym kierunku;) A sam „Damaged Soul” to rzecz bardzo bluesowa z dodatkiem harmonijki. Zespół nie zapomina jednak jaki jest ich styl wyjściowy i nie brakuje tu sabbathowego ciężaru. Dużo dzieje się w zamykającym płytę „Dear Father” który kończy się odgłosami burzy i kościelnego dzwonu. Zgrabnie możemy to sobie połączyć z rozpoczęciem „Black Sabbath” i w ten sposób koło się zamyka.

Osbourne, Iommi i Butler udowodnili, że nawet będąc metalowym dziadkiem można porządnie skopać dupę. W grę zespołu dobrze wkomponował się Brad Wilk u którego nie słychać naleciałości z RATM czy też Audioslave. Trzynastka jako całość brzmi świeżo i ma moc. Na koniec kilka minusików. Pierwszy: cholernie biedna wkładka. Moja dyskografia Sabbathów opiera się na reedycjach, które są bardzo porządnie wydane – na bogato. Tutaj po prawdzie cudu nie oczekiwałem ale efekt końcowy zaskoczył mnie niczym polska reprezentacja kopana w meczu z Mołdawią. No i drugi minus: gdzieś na forum przeczytałem, że 13tka jest jednym wielkim autoplagiatem. I weź się tu z tym nie zgódź…. Fani czekali na ten album od niepamiętanych czasów, może teraz faktycznie nie potrafimy w pełni obiektywnie patrzeć na efekt prac muzyków. Ciekawe jaki byłby odbiór krążka gdyby ten ukazał się np. między Paranoid i Master Of Reality.

Moja ocena -> 8/10

3 myśli nt. „Black Sabbath – 13”

  1. W końcu z jakąś recenzją zdążyłem jako pierwszy:D Sporo już napisałem o „13” na TEOES, ale jeśli chodzi o zarzut autoplagiatu to aż tak bym tego nie określił. Po prostu grupa wróciła do takiego grania, jakie jest ich znakiem rozpoznawczym i tego właśnie chciała pewnie większość fanów. Ja osobiście bardzo lubię kawałki z „Technical Ectassy”, „Seventh Star” i płyty z Martinem, ale podejrzewam, że gdyby zespół poszedł w tym kierunku to duża grupa słuchaczy od razu by ich skreśliła. Poza tym tekst z „Life Forever” bardzo mi się podoba. Generalnie znakomita płyta i tak na szybko to mogę powiedzieć, że chyba tylko tegoroczny krążek Deep Purple ma szansę konkurować z płytą BS jeśli chodzi o album roku 2013.

  2. Chciałbym się tylko odnieść do tych opinii o autoplagiacie, z którymi też się w kilku miejscach zetknąłem. To prawda, że w przypadku pierwszych czterech utworów można wskazać ich odpowiedniki z przeszłości (chociaż w „God Is Dead?” dopiero pod koniec pojawia się riff przypominający „Hole in the Sky”, a „End of the Beginning” tylko z początku brzmi jak kopia „Black Sabbath”). Ale to nie jest wada, a zaleta. Wydawanie tej płyty, po tylu latach przerwy, nie miałoby żadnego sensu, gdyby zespół grał na niej w zupełnie innym stylu. Jest tyle innych zespołów, niech one grają inaczej. Ja od Black Sabbath oczekiwałem albumu w stylu ich pierwszych longplayów – i dokładnie to dostałem 😉 I tak jak już napisałem, „13” to nie tylko nawiązywanie do konkretnych utworów z przeszłości – „Age of Reason” czy „Dear Father” są tylko utrzymane w stylu pierwszych płyt zespołu, ale nie powielają znanych już riffów czy melodii. A „Damaged Soul”? Przecież tak bluesowo nigdy nie grali, nawet na debiucie. A w wersji Deluxe jest jeszcze jedna ciekawostka – „Methademic”, który tylko wokalnie przypomina Black Sabbath 😉

  3. 10/10
    * “Black Sabbath” (1970)
    * “Master Of Reality” (1971)
    * “Born Again” (1983)
    * “Dehumanizer” (1992)
    * „13” (2013)

    9/10
    * “Sabbath Bloody Sabbath” (1973)
    * “Never Say Die!” (1978)
    * “Heaven And Hell” (1980)
    * “Headless Cross” (1989)
    * “Tyr” (1990)

    8/10
    * “Paranoid” (1970)
    * “Technical Ecstasy” (1976)
    * “Mob Rules” (1981)
    * “Cross Purposes” (1994)

    7/10
    * “Sabotage” (1975)
    * “Seventh Star” (1986)
    * “The Eternal Idol” (1987)
    * “Forbidden” (1995)

    5/10
    * “Vol.4″ (1972).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *