“Genesis XIX” i jego następcę dzieli kalendarzowo 5 lat i jest to jedna z najdłuższych przerw wydawniczych w historii niemieckiej legendy. Fakt faktem – po drodze premierę miały jeszcze dwie EPki ale były to wydawnictwa kilkunastominutowe, które dodatkowo jakoś szczególnie nie powalały. Trzy lata temu ukazał się jeszcze “40 Years At War”, na którym zespół odgrzał utwory z przekroju całej dotychczasowej kariery.
Przez 5 lat było zatem bardzo mało nowego materiału. Czas ten jednak pozwolił na dotarcie się muzyków po dużych roszadach w składzie, które nastąpiły jeszcze przed wydaniem “Genesis XIX”. Swoją drogą album ten został bardzo ciepło przyjęty przez krytyków i fanów. Chwalono go za wprowadzenie powiewu świeżości co było spowodowane w dużej części wymianą wszystkich muzyków poza Angelripperem.
Zatem jeśli poprzednik wypadł tak dobrze to śmiało można było liczyć na to, że “The Arsonist” przynajmniej dorówna mu poziomem lub go przeskoczy. I pierwsza zapowiedź czyli “Trigger Discipline” mogła tylko podtrzymać nas w takim przekonaniu. Utwór ten nie jest w żaden sposób odkrywczy tylko raczej do bólu wtórny. Jednak ma on w sobie esencję stylu Niemców dzięki czemu słucha się go z olbrzymią przyjemnością. Utwór galopuje w ekspresowym tempie z odpowiednią dawką ciężaru, chaosu i bałaganu. Czyli typowy Sodom z co najmniej wyższej półki.
Podobnie było z dwoma pozostałymi utworami wytypowanymi do promocji wydawnictwa: “Witchhunter” i ” Taphephobia”. Wszystkie te utwory są niesamowicie szybkie i nie ma w nich praktycznie miejsca na jakiekolwiek zwolnienia. Uwagę przykuwa też ich produkcja. Specyficzna, brudna, chaotyczna.
Nie każdemu będzie ona pasować jednak fanom z pewnością skojarzy się z wcześniejszymi wydawnictwami grupy i będzie to pozytywne skojarzenie. Wszystko to sprawiało, że mogliśmy mieć bardzo duże oczekiwania co do “The Arsonist”. Czy album im sprostał? Mam lekko mieszane uczucia.
“The Arsonist” to 12 nowych utworów (i otwierający album utwór tytułowy, który należy traktować jako intro) trwających niespełna 49 minut. I tak jak w przypadku EPek można było narzekać na deficyt tak tutaj w pewnych momentach mamy swoistą klęskę urodzaju. Jest to o tyle dziwne uczucie, że na “The Arsonist” nie ma ani jednego utworu, który jawnie nadawałby się do wyrzucenia.
Na wyrywki ten krążek świetnie “żre” jednak jako całość powoduje pewien przesyt. W moim przypadku jest to spowodowane tym, że jest on bardzo jednolity: przez cały czas galopuje w praktycznie jednolitym tempie (poza “Scavenger”, który jest wyraźnie wolniejszy od reszty) przez co w pewnym momencie wszystko zaczyna się zlewać w jedną całość.
Trochę cierpią na tym na prawdę bardzo dobre momenty wydawnictwa takie jak “The Spirits That I Called”, “Gun Without Groom” czy zamykający całość świetny “Return To God In Parts”. Zanim słuchacz dotrze do tego drugiego to jest już trochę zmęczony. “Genesis XIX” był zdecydowanie bardziej różnorodny przez co czas dłuższy o ponad 5 minut odczuwało się mniej wyraźnie.
I w sumie jest to jedyny zarzut jaki mam do “The Arsonist” a przesyt wyeliminowałem przyjmując album w mniejszych dawkach. W tej konwencji świetnie się sprawdza nawet mimo tego, że jest wtórny i asekuracyjny, praktycznie bez jakiejkolwiek rezerwy na coś nowego.
Ale Sodom jest ekipą, od której chyba nikt nie oczekuje odkrywania Ameryki na nowo. Przez ponad 40 lat istnienia wypracowali swój charakterystyczny styl i niech nagrywają w nim jak najdłużej bo od dawna są jedyną ekipą z niemieckiej wielkiej trójki, która nagrywa na poziomie wartym uwagi.
Dużą wartość dodaną albumu stanowi też bogata poligrafia wydawnictwa i przede wszystkim świetna okładka autorstwa naszego rodaka.
Moja ocena -> 8/10