Trudno uwierzyć w to, że od wydania „The Seer” czyli rozpoczęcia mojej przygody z twórczością Swans, minęło już 13 lat. Zamiast kilku lat do 30 urodzin nieuchronnie puka do mnie czterdziestka i z każdym rokiem i kolejnym albumem coraz bardziej wciągałem się i angażowałem w twórczość Łabędzi za każdym razem niecierpliwie wyczekując kolejnego wydawnictwa.
Tutaj sprawa była o tyle łatwa, że Michael Gira wraz z zespołem jest artystą bardzo aktywnym i co 2-4 lata otrzymywaliśmy nowy album. Lider Swans przy tej swojej systematyczności jest również człowiekiem konsekwentnie niekonsekwentnym – po wydaniu „The Glowing Man” zapowiedział odejście od konwencji płyt – molochów trwających po 2 godziny i składających się z utworów co najmniej kilkunastominutowych.
Po drodze coś poszło nie tak bo zarówno „leaving meaning.” jak i „The Beggar” nie odbiegają drastycznie od swoich poprzedników i przynoszą raczej kosmetyczne zmiany niż rewolucję. I w zasadzie chwała Girze za to bo ta konwencja się sprawdza i każde kolejne wydawnictwo Swans to takie małe (dziwne stwierdzenie w kontekście 2 godzin muzyki) dzieło sztuki i swoista podróż przez wizjonerski umysł lidera zespołu.
Twórczość Amerykanów nie należy do łatwych w odbiorze ale wracam do niej systematycznie i to w konwencji słuchania albumów w całości a nie na wyrywki ponieważ wtedy robią one największe wrażenie co w sumie nie jest jakimś wybitnym osiągnięciem jeśli weźmie się pod uwagę konieczność zaangażowania na te 90-120 minut.
Pierwsze wzmianki o „The Birthing” mogły wśród fanów wywołać lekką konsternację. Siedem utworów? Czyżby w końcu Michael Gira dotrzymał słowa i zakończył etap molochów? Na szczęście druga wzmianka zawierała czasy trwania utworów i okazało się, że wszystko jest na swoim miejscu i album trwa ponad 115 minut.
Jedyna zapowiedź albumu – „I Am The Tower” nie porwała mnie za pierwszym razem. Ani za drugim. I trzecim. W zasadzie do dziś mam z nim problem bo mimo sporej ilości ciekawych fragmentów ma też mielizny, które raczej nużą niż wciągają. Na szczęście jest ich na tyle mało, że przez utwór można przebrnąć w całości mimo ponad 19 minut czasu trwania. I nie jest to najcięższy zawodnik ponieważ mamy tutaj jeszcze cięższą dwójkę.
Rozpoczynający album „The Healers” snuje się w iście sielankowym, monotonnym tempie. Dopiero w okolicach 8 minuty tętno zaczyna lekko skakać by następnie praktycznie całkowicie zniknąć i po chwili eksplodować w stylu ściany dźwięków z utworu tytułowego z „The Seer”. W pierwszych 15 minutach nie dzieje się tutaj za wiele, całość została skumulowana w ostatnich niespełna 7 minutach. Tu wątkami spokojnie można by obdzielić kilka kolejnych utworów. „The Healers” pozostawia po sobie jak najbardziej pozytywne wrażenie.
Jeszcze lepiej sprawa wygląda z najdłuższym w zestawieniu utworem tytułowym. „Birthing” spokojnie mógłby służyć za ścieżkę dźwiękową do jakiejś apokaliptycznej opowieści. Chciałoby się powiedzieć, że chwilę wytchnienia przynosi słuchaczom „Red Yellow”, który jest najkrótszy w zestawieniu ale nadal trwa on prawie 7 minut i wprowadza bardzo nerwowy klimat, zarówno instrumentalnie jak i wokalnie. Bezpośrednią kontynuacją tego niepokoju jest „Guardian Spirit”.
Wisienką na torcie „Birthing” są dwa zamykające go utwory. „The Merge” jest chyba największym ukłonem w stronę „The Seer” i muzyki drone od czasów jego wydania – a przecież po drodze były jeszcze 4 albumy. Monumentalny „(Rope) Away” kończy całość i zostawia w słuchaczu poczucie uczestnictwa w czymś wyjątkowym. I to rozumianym dwuznacznie ponieważ dla fanów twórczości Giry „Birthing” będzie kolejnym albumem, którego słuchanie można uznać za swego rodzaju rytuał. Dla osób postronnych i ludzi, którzy do tej pory nie przekonali się do twórczości Swans nowy album będzie wyjątkowo nudny i ciężki do przebrnięcia.
W okolicach premiery Michael Gira zapowiedział kolejny raz, że „BIrthing” jest ostatnim puzzlem w układance i kolejne wydawnictwa będą zupełnie inne. Po cichu liczę, że jednak nie ponieważ uwielbiam te jego molochy i jestem wobec nich praktycznie bezkrytyczny.