Bad Religion – Age Of Unreason

bad religion age of unreasonKiedy 6 lat temu ekipa Bad Religion ogłaszała, że „True North” będzie ich ostatnim albumem, miałem ambiwalentne odczucia. Z jednej strony muzyka zespołu towarzyszyła mi przez wiele lat i do dziś  często wracam do kilku albumów. Z drugiej – krążek nie powalał i był gorszą kopią poprzednich z kilkoma lepszymi momentami. W tym momencie można było pomyśleć, że sam zespół doszedł do takiego samego wniosku i nie chcąc odcinać kuponów postanowił zakończyć działalność studyjną.

Silnej woli wystarczyło na 6 lat. Mamy rok 2019 i oczom słuchaczy okazuje się „Age Of Unreason”, którego w zasadzie można by podsumować jednym zdaniem – jest to jeszcze gorsza kopia wcześniejszych dokonań niż „True North”. Spróbujmy jednak na siłę doszukać się tutaj jakichś pozytywów. Może całkiem niezły początek? „Chaos From Within” to szybka i celna petarda w stylu albumów z lat 80tych. I nawet czas trwania by się zgadzał – utwór nie ma nawet 2 minut.

Następny w kolejności „My Sanity” to już pop punkowe czasy lat 90tych. Ale też nie jest źle. Zatem początek krążka wcale nie zapowiada nadchodzącego dramatu. „Age Of Unreason” to 14 utworów, spośród których (oprócz „otwieracza”, „Faces Of Grief” i może utworu tytułowego) ciężko znaleźć coś co nie brzmiałoby jak odrzut z sesji nagraniowych poprzednich albumów.

Wszystko to już słyszeliśmy dziesiątki razy ale w zdecydowanie ciekawszej formie i na o wiele wyższym poziomie.  Oprócz przeciętniaków trafiają się tutaj gnioty w stylu „Lose Your Head”, „Candidate”, „Big Black Dog” i „Downfall” wywołujące negatywne skojarzenia z 2 najgorszymi albumami w dorobku zespołu czyli „No Substance” i „The New America” gdzie zaprezentowany został niskich lotów pop punk.

Powróćmy do pozytywów. „Age Of Unreason” da się przesłuchać w całości. Jednak po końcowych dźwiękach nie ma się najmniejszej ochoty do powrotu. Nawet na „True North” było kilka bardzo fajnych momentów, które co jakiś czas z chęcią się odświeżało. Tutaj tego nie widzę/słyszę. „Age Of Unreason” to album wymuszony, bez polotu, finezji, dawnej werwy i agresji. Kuleje nawet produkcja – krążek jest płaski i pozbawiony jakiejkolwiek dynamiki. Jest to zupełnie niepotrzebne i najgorsze wydawnictwo od powrotu pod skrzydła Epitaph czyli od prawie 20 lat.

Ktoś powie, że akurat ten zespół jest legendą i nie musi niczego udowadniać. Oczywiście, że nie musi. Nie ma również konieczności nagrywania kolejnych takich albumów i szargania nimi swojego autorytetu i pozycji, na którą pracowało się przez kilkadziesiąt lat. Swoją drogą kiedy uciekło nam te 6 lat od premiery „True North”?!

Moja ocena -> 4/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *