The Black Keys – No Rain, No Flowers

black keys no rain no flowersCiężko uwierzyć w to, że minęło już 14 lat od nagłego wybuchu popularności ekipy The Black Keys za sprawą albumu „El Camino” i przede wszystkim utworu „Lonely Boy”, który w 2011 roku był nachalnie promowany we wszelkiego rodzaju mediach. Duetowi udało się dotrzeć do bardzo szerokiego grona odbiorców, które mogło przekonać się, że sześć wcześniejszych albumów The Black Keys również przynosi bardzo dużo świetnych rockowych, garażowych dźwięków.

Od „El Camino” minęło sporo czasu a licznik albumów studyjnych zatrzymał się na liczbie trzynaście. Czy w przypadku duetu z Akron ta trzynastka jest szczęśliwa?

Na wstępie warto zauważyć, że „No Rain, No Flowers” to czwarte wydawnictwo TBK na przestrzeni niespełna 5 lat. Wcześniej przerwy między albumami trwały od 2 do 5 lat. Tutaj intensywność wydawnicza jest zdecydowanie wyższa. Niestety nie przekłada się ona na jakość nagrywanego materiału.

„No Rain, No Flowers” nie przynosi żadnych zaskoczeń i jest to jego największą wadą. Album kroczy dobrze znaną ścieżką bez ani jednej chwili na jakikolwiek wyskok w bok. Bardzo mocno odczuwalny jest tu brak pomysłu na to, co nowego można by umieścić w tej muzyce.

W historii muzyki istnieje wiele podobnych przypadków gdzie trudno taki scenariusz uznać za wadę. Niestety w przypadku The Black Keys tak nie jest i ostatnie pięć albumów (no może nie licząc „Delta Kream”, który odstaje od reszty „in plus”) jest praktycznie identycznych.

Na nowe wydawnictwo Auerbach i Carney zaprosili do współpracy kilku dość znanych nazwisk: Rick Nowels, Daniel Tashian czy Scott Storch.  Wydawać by się mogło, że to idealna okazja na odświeżenie brzmienia i choć niewielką nutę szaleństwa. Niestety muzyka ta jest hermetycznie zamknięta w formule bezpiecznego blues-popu. I chociaż trzeba przyznać, że całkiem przyjemnie słucha się tego w tle to po zakończeniu album nie pozostawia po sobie żadnego wrażenia.

Album trwa niespełna 37 minut podzielonych na 11 utworów. Singlowe „The Night Before”, „Babygirl” , tytułowy „No Rain, No Flowers”, „Man On A Mission” i „On Repeat” wywiązują się ze swojej roli serwując chwytliwe refreny i zagrywki. Jednak gdy przyjrzymy się im bliżej to od razu dostrzeżemy, że to wciąż ten sam zbiór sprawdzonych patentów, które znamy już od co najmniej kilkunastu lat. I nawet najlepszy patent powielony w nieskończoność staje się w końcu nudny.

I ta wtórność jest największą bolączką albumu. The Black Keys przez lata wypracowali swój styl i pozycję na muzycznym rynku. Wydawać by się mogło, że to idealna sytuacja do poeksperymentowania. Niestety nie w tym przypadku. W ostatnich latach duet chyba stara się tworzyć muzykę do bólu przystępną co odbija się na charakterze, którego tutaj brakuje.

A przecież ten charakter był olbrzymią siłą TBK chociażby na „Rubber Factory” czy „Brothers”. Na „No Rain, No Flowers” nie odnajdziemy również klimatu, który duetowi udało się zbudować np. na „Turn Blue”. Mamy tu do czynienia ze zbiorem 11 poprawnie napisanych utworów. Można to już podciągnąć pod rzemieślniczą robotę.

Chyba nikt nie będzie próbował zestawiać jakkolwiek nowego albumu z krążkami duetu sprzed kilkunastu lat ponieważ byłoby to strzałem w stopę. To zestawienie pójdzie raczej w kierunku ustalenia podium dla trzech najgorszych wydawnictw w dorobku The Black Keys.  I na te podium „No Rain, No Flowers” bez problemu się łapie.

Miejmy nadzieję, że duet pójdzie po rozum do głowy i odpocznie przez kilka lat by stworzyć materiał, który pozostanie w głowach słuchaczy na dłużej niż tylko w trakcie jego słuchania. Bo z ostatnich trzech albumów spokojnie można było zmontować jeden, który zrobiłby zdecydowanie większe wrażenie niż taki natłok nijakich dźwięków.

Moja ocena -> 5/10

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *