Ciężko uwierzyć w to, że od wydania „Titans Of Creation” minęło już 5 lat. Jeszcze trudniej w to, że występ w Kostrzynie na Pol’And’Rocku odbył się jeszcze rok wcześniej. Już wtedy członkowie zespołu kręcili na liczniku w okolicy 60tki ale to nie przeszkodziło im w tym aby zagrać świetny, bardzo żywiołowy, prawie 80minutowy set. Na scenie wyglądali jakby byli w pełni wieku produkcyjnego a nie zbliżali się do emerytury. Studyjnie na „Titans Of Creation” również wypadli bardzo dobrze dając kolejny argument osobom twierdzącym, że Testament nie ma w dyskografii słabego albumu.
Jedna z najdłuższych przerw studyjnych przyniosła w końcu „Para Bellum” – album udowadniający starym dziadom z Metalliki, Kreatora czy Destruction, że mimo wieku można jeszcze grać ciężko, świeżo, brutalnie, kreatywnie i z werwą. Testament „wjechał z buta” krążkiem, który powinien bez problemu podbić tegoroczne zestawienia najlepszych płyt w kategorii rock/metal.
Wszystko tutaj pięknie „gra”. Album zaczyna się świetnym, wyjątkowo ciężkim i brutalnym „For The Love Of Pain”. Pojawia się tu glowl, są też blasty. Momentami utwór brzmi jak zagubione ogniwo z czasów „Demonic”. Tak ciężko było ostatnio na „The Formation Of Damnation”. Jest to otwarcie na poziomie „D.N.R.” z „The Gathering” czyli jest świetnie.
Dalej mamy dwa utwory przedpremierowe. „Infanticide A.I.” również pędzi w ekspresowym tempie i wcale nie ustępuje ciężarem otwarciu albumu. „Shadow People” dość wyraźnie zwalnia co daje sporo miejsca na zbudowanie klimatu i rozbudowanie formuły. Dzieje się tu na tyle dużo, że wcale nie czuć, że utwór trwa prawie 6 minut.
Trochę większym wyzwaniem dla niektórych może być „Meant To Be” czyli testamentowa ballada trwająca ponad 7,5 minuty. Utwór jest w dużej mierze akustyczny, w kilku miejscach pojawiają się smyczki. Jeśli ktoś lubił wcześniejszą odsłonę balladową zespołu to bez problemu odnajdzie się również i tu bo to zwyczajnie bardzo dobra kompozycja. A reszta będzie miała czas na złapanie oddechu bo dalej jest już tylko szybko i ciężko.
„High Noon” czerpie garściami z okresu „Demonic”, „Witch Hunt” wraz z otwarciem bije się o miano najcięższego fragmentu wydawnictwa, „Nature Of The Beast” i „Room 177” mają w sobie sporo przebojowości, całość w świetny sposób spina klamrą utwór tytułowy, po którego ostatnich dźwiękach pozostaje pewien niedosyt bo chciałoby się chociaż 1-2 utwory więcej. Jest to fenomenalne z tego względu, że „Para Bellum” trwa ponad 50 minut i czas ten mija w ekspresowym tempie.
Zespołowi udało się uniknąć mielizn i stworzyć naprawdę mocny materiał. Słychać, że muzycy są w świetnej formie. Chuck płynnie porusza się pomiędzy śpiewem, krzykiem i growlem. Tak dobrze brzmiał ostatnio kilkanaście lat temu. Na gitarach cuda wyprawiają Skolnick z Petersonem. Na płycie pełno jest smaczków, zmian tempa, przejść, solówek. Gitarzystom tempa dotrzymuje Chris Dovas, czyli świeżak w zespole. Perkusja brzmi tu świetnie i dodatkowo podkręca dynamikę. Całość dopełnia Di Giorgio ale on na basie ma już ponad 10letni staż w zespole.
Wszystkie te elementy sprawiają, że „Para Bellum” słucha się świetnie i od razu po końcowych dźwiękach ma się ochotę ponownie wcisnąć <play>. Jest to najlepszy i najcięższy album Testamentu od co najmniej kilkunastu lat. Tak dużo elementów deathowych było ostatnio 17 lat temu. Wraz z „Dark Roots…” i „The Formation….” może bić się o miano najlepszego albumu zespołu nagranego w tym tysiącleciu. Na olbrzymi plus jak zwykle punktuje również kolejna świetna okładka Elirana Kantora.