Przyznam szczerze, że pod kątem muzycznym 2018 rok nie rozpieszcza nas w jakimś wybitnym stopniu. Jak do tej pory nie było w nim ani jednej premiery, do której odliczałbym dni i budził się o północy aby posłuchać nowego albumu na Tidalu.
Przyznam szczerze, że fala ochów i achów, która towarzyszyła premierze poprzedniego albumu Lotto „Elite Feline”, nie była dla mnie do końca zrozumiała a sam krążek nie powalił mnie. Dlatego do „VV” podszedłem z dużym dystansem. Jak się po krótkim czasie okazało – zupełnie niepotrzebnie. „VV” jest zupełnie inny od poprzednika: zdecydowanie bardziej zróżnicowany i intrygujący. Czytaj dalej Lotto – VV→
Od lat zastanawiam się dlaczego w polskich mediach tak usilnie promowana jest rodzima muzyka popularna, która do górnolotnych z pewnością nie należy. Tymczasem polscy artyści płynący gdzieś po za głównym nurtem cieszą się uznaniem i szacunkiem za granicą. Jednak w większości przypadków nie mają oni medialnego wsparcia w kraju przez co dotarcie do nich jest utrudnione i wymaga pewnego wysiłku. Czytaj dalej Stara Rzeka – Cień Chmury Nad Ukrytym Polem→
Po pierwszym kontakcie z „Berdreyminn” jedyne co mogłem powiedzieć dobrego o tym albumie to to, że ma piękną, niesamowicie klimatyczną okładkę i że druga połowa „Blafjall” jest świetna. Tyle. Zdziwieni? Ja też początkowo byłem bo „Berdreyminn” nie miał dobrego startu. Można nawet powiedzieć, że start ten był zły i cholernie rozczarowujący.
Po co najmniej 3 genialnych poprzednikach fani zespołu mogli oczekiwać podtrzymania dobrej passy i kolejnego wybitnego albumu. Czytaj dalej Solstafir – Berdreyminn→
Pierwszy kontakt z „Path Of Eight” może być dla fanów zespołu dość dużym zaskoczeniem (zwłaszcza dla tych, którzy są z zespołem od dawna).
Chociaż z drugiej strony zapowiedź zmian mogliśmy już usłyszeć na poprzednim krążku – „Dawning”. „Path Of Eight” nie jest bezpośrednią kontynuacją poprzednika tylko dalszym dużym krokiem naprzód. Czytaj dalej Mouth Of The Architect – Path Of Eight→
Nigdy nie byłem na Islandii. Od dawna jest to moim marzeniem, którego jak do tej pory nie udało się zrealizować. Widziałem natomiast setki (jeśli nie tysiące) zdjęć z tego pięknego, tajemniczego i niesamowicie oderwanego od naszej – polskiej rzeczywistości kraju.
Jeśli miałbym kiedykolwiek dopasować do nich soundtrack to z pewnością byłby to jeden z utworów z „Svartir Sandar”. Nic tak celnie nie oddaje uczucia towarzyszącego mi podczas oglądania islandzkich zdjęć jak dźwięki „Melrakkablús” i „Draumfari”. Czytaj dalej Solstafir – Svartir Sandar→
Przyznaję się bez bicia – „The Glowing Man” był jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie albumów w tym roku.
Bezgranicznie zakochany w „The Seer” i zafascynowany „To Be Kind” czekałem… Po drodze była zapowiedź w postaci „When Will I Return?” i urywków z utworu tytułowego, które tylko mocniej rozpaliły mój apetyt. W końcu nadszedł TEN dzień i „The Glowing Man” ujrzał światło dzienne. Czytaj dalej Swans – The Glowing Man→
Co jakiś w czas w różnego rodzaju mediach opiniotwórczych pojawiają się przebąkiwania o tym, że post rock się skończył i jest to gatunek do cna wypalony, że nic już nie da się w nim zrobić. Oczywiście niczego nowego też już w nim nie odkryjemy… Jako potwierdzenie tej tezy ukazują się takie albumy jak „Wilderness” Explosions In The Sky, który wielkiej rewelacji nie robi.
Bez jakiejkolwiek promocji, rozgłosu i hucznych zapowiedzi w wersji solowej zadebiutował Wes Borland. Przyczyny takiego akurat zachowania mogły być różne. Po przesłuchaniu „Crystal Machete” każdy może wysnuć swoje wnioski na ten temat. Jedno natomiast jest pewne: najbardziej ekscentryczny z członków Limp Bizkit w wersji solowej to coś totalnie innego niż muzyka, którą tworzył ze swoją kapelą macierzystą. Czytaj dalej Wes Borland – Crystal Machete→
Słuchając „Kold” trudno uwierzyć, że to dzieło nagrane przez zespół wywodzący się ze stylistyki black metalowej. Chociaż w muzyce praktycznie od zawsze obecna była ewolucja, której przykładami można sypać jak z rękawa, zatem i ten fakt da radę jakoś zaakceptować;)
„Kold” to album bardzo specyficzny. W serwisie rateyourmusic.com przypięto mu etykietkę „melancholijny”. I jest to chyba najlepsze określenie. Chociaż rozpoczynający całość „78 Days In The Desert” może wprowadzić słuchacza w błąd. Czytaj dalej Solstafir – Kold→