Przez skład Soulfly na przestrzeni 28 lat istnienia przewinęło się kilkunastu muzyków. Patrząc na linię czasu bez problemu zauważymy, że poza Maxem najdłuższym stażem w zespole może się poszczycić Marc Rizzo, który był członkiem Soulfly w latach 2003-2021. W tych 18 latach powstały najlepsze albumy grupy czyli „Prophecy”, „Dark Ages”, „Conquer”, „Enslaved” i „Ritual”. W wielu momentach Rizzo był motorem napędowym tego projektu, zarówno w studio jak i na koncertach.
Jego odejście było bardzo mocno odczuwalne na „Totem”, który jest albumem cięższymi i bardziej brutalnym od poprzedników ale przede wszystkim jest to muzyka zdecydowanie prostsza i mniej różnorodna. Ale po bardzo udanym „Ritual” taka odsłona Soulfly była fajną odskocznią od „klepania ciągle tego samego”, zwłaszcza że na album musieliśmy czekać 4 lata zatem apetyt na coś nowego był bardzo duży. Między „Totem” a „Chama” czas oczekiwania jest krótszy o rok.
„Chama” zapowiadały 2 utwory: „Storm The Gates” i „Nihilist”. Oba dawały wyraźny sygnał, że Max idzie w stronę kontynuacji drogi obranej na poprzednim wydawnictwie. Oba również wydawały się być dziwne i przez kilka przesłuchań nie byłem w stanie stwierdzić dokładnie co mi w nich nie pasuje. Ale w końcu nadeszło oświecenie – chodzi o produkcję.
Nie wiem czy ktoś zwyczajnie spieprzył ich mastering czy było to celowe działanie mające na celu sprawienie wrażenia „niszowości” czy „piwniczności” nagrania. Jedno jest pewne. Eksperyment udał się średnio i przez to całego „Chama” słucha się bez większej frajdy. Gitary rzężą, perkusja brzmi momentami bardzo źle, Max również. Naładowano tu za dużo efektów przez co wszystko razem jest przytłumione i kiepsko wyeksponowane, „przeprodukowane”.
Podobny efekt piwnicy swego czasu stworzył Killing Joke na swoim „Hosannas From The Basements Of Hell”, z tym że tam brzmi to nieziemsko i intrygująco, tu zaś jak gdyby było nagrywane telefonem w miejskim przejściu podziemnym. A to nie koniec niekoniecznie pozytywnych ciekawostek o „Chama”.
Po wrzuceniu płytki do odtwarzacza słuchacz może przeżyć lekki szok ponieważ wyświetlacz pokazuje bezczelnie lekko ponad 32 minuty materiału czyli ponad 4 minuty mniej niż najkrótszy do tej pory „Archangel”. Ale tam mieliśmy wersję specjalną, która wydłużała czas trwania do 45 minut. Tutaj takiego wariantu nie zastosowano. W efekcie dostajemy coś na kształt EPki w cenie wywindowanej dość mocno w ostatnich miesiącach przez Nuclear Blast. Jak dla mnie to taki siarczysty policzek wymierzony fanom a za takiego się uważam będąc z tym zespołem od 25 lat.
Drugi policzek dostajemy już przy pierwszym odsłuchu, kiedy to okazuje się, że album rozpoczyna dwuminutowe intro i do niego mamy jeszcze tradycyjnego instrumentala – „Soulfly XIII” (jeden z najsłabszych w dorobku). Ostatecznie nowej muzyki mamy tu około 27 minut podzielonych na 8 utworów.
Tym razem zespół do promocji wybrał chyba najmocniejsze ogniwa bo z reszty ciężko wybrać coś co wyróżniałoby się na plus. Ale jedno jest pewne. „Chama” jest inna od poprzednich wydawnictw. Tylko nie jestem przekonany czy w tym przypadku jest to zaletą tego wydawnictwa i czy do końca o taki efekt chodziło muzykom. W „No Pain = No Power” usłyszymy wokale ocierające się o nu metal chociażby z debiutu. Tu i tam na krążku pojawiają się plemienne, rytualne zaśpiewy.
Jednak praktycznie nad całością unosi się duch jednostajnego „napierdalania” w różnych wariacjach, które po pewnym czasie zwyczajnie męczy mimo tak krótkiego czasu trwania (tu ponownie podziękujemy produkcji nagrania). I tak jak taka „Favela / Dystopia” czy od biedy „Ghenna” w pojedynkę prezentują się fajnie tak na tle jednolitego, monotonnego materiału, zlewają się w jedną całość.
Na „Chama” brakuje urozmaicenia i nie kupuję tłumaczeń Maxa o tym, że tak miało być, że ten album jest ukłonem w stronę podziemnego metalu. Jak dla mnie ewidentnie brakuje tu pomysłu, kreatywności i umiejętności poszczególnych członków zespołu.
Swoją drogą utwór tytułowy jest najjaśniejszym punktem wydawnictwa, warto do niego dotrwać nawet mimo tego, że zamyka cały album. Dzieje się w nim sporo, więcej niż w kilku innych momentach razem wziętych, jest też nawiązanie do starych czasów gdzie każdy może wzdychając stwierdzić, że „kiedyś to było, teraz to nie ma”.
W przypadku projektów Cavalery nigdy nie byłem obiektywny i praktycznie wszystko wciągałem bez zastrzeżeń: zarówno Soulfly jak i Cavalera Conspiracy, również nagrane na nowo stare albumy Sepultury. Ale przy „Chama” czuję się zrobiony w wała: zarówno jeśli chodzi o czas trwania wydawnictwa jak i jego poziom.
Ewidentnie brakuje tu kogoś kto pociągnąłby resztę zespołu do nagrania czegoś wyjątkowego lub chociaż dorównującego poprzednim nagraniom. Ostatecznie „Chama” może walczyć z „Archangel” o miano najsłabszego albumu w dorobku Soulfly. Jak dla mnie, po kilkunastu przesłuchaniach, tę walkę bez problemu wygrywa.
kurwa no. uwielbiam soulfly ale ten album jest slaby. utwór Totem to jest coś co moge sluchac od dawien dawna.Najlepiej mi sie słucha ich pierwsze albumy. Brakuje Rizzo. Maxx juz nie jest młody ale fajnie by sie słuchało czystych tłustych ,prostych riffów. Głos Maxxa dalej jest konkret. Tłuste proste riffy to jest to!. przypomina mi sie utówr machine head imperium, caly otwor spoko ale najtsłustsze od 3,41