Slowdive poznałem przy okazji reaktywacji zespołu w 2017 roku. Z miejsca zakochałem się w „beztytułowym” albumie i po pewnym czasie zacząłem zgłębiać poprzednie wydawnictwa z dyskografii Brytyjczyków. Podejrzewam, że moje zaskoczenie po pierwszym usłyszeniu „Pygmalion” było identyczne jak wśród fanów, krótko po premierze albumu w 1995 roku. Zespół znany do tej pory z gęstego shoegaze’u i ogromnej ilości melancholii ukrytej w muzyce całkowicie się od tej muzyki odciął i porzucił ją na rzecz ambientu, minimalizmu i odważnych eksperymentów.
Podejrzewam, że 30 lat temu album spotkał się ze sporym zdziwieniem i niezrozumieniem. Jednak z perspektywy czasu „Pygmalion” wydaje się być najodważniejszym i najbardziej wizjonerskim albumem w dorobku Slowdive (nawet licząc kolejne wydawnictwa).
Już otwierające album „Rutti” pokazuje nową odsłonę – zamiast typowej ściany gitar otrzymujemy ponad 10 minut powolnych, hipnotycznych pejzaży, w których cisza odgrywa rolę równie ważną co kolejne dźwięki. Mimo długiego czasu trwania „Rutti” niesamowicie wciąga w swój klimat i sprawia, że po końcowych dźwiękach od razu chce się go posłuchać ponownie.
Podobnie jest ze świetnym, najbardziej znanym utworem z albumu czyli „Crazy For You”. Wnosi on na płytę odrobinę ciepła i melodyki ale nadal struktura utworu pozostaje rozmyta a wokale nie skupiają się na przenoszeniu treści tylko na byciu dodatkowym instrumentem.
Kolejne utwory również zbudowane są z powtarzalnych motywów, delikatnych pogłosów i szczątkowych wokali. Bardziej przypominają one medytacyjne pasaże niż klasyczne piosenki. Idealnym tego przykładem są „J’s Heaven” i „Visions of La” – utwory, które niemal całkowicie rezygnują z klasycznej formy na rzecz abstrakcyjnych pejzaży pełnych szmerów i pogłosów. Wspomnienie dwóch poprzednich wydawnictw może wywołać chyba praktycznie jedynie „Blue Skied An’ Clear” chociaż również i on daleko odbiega od standardowej struktury utworów.
„Pygmalion” jest albumem wymagającym. Wymaga od słuchacza skupienia i cierpliwości, ale nagradza go niepowtarzalną atmosferą i poczuciem nieograniczonej przestrzeni. Po 30 latach od premiery łatwo dostrzec, że to album, który na swój sposób wyprzedził swoje czasy i stał się furtką dla wielu eksperymentów na scenie ambientu i post rocka.
„Pygmalion” w żaden sposób nie jest pozycją łatwą ani taką do słuchania na co dzień. Ale jest to jednocześnie żywy dowód na dojrzałość i odwagę artystyczną zespołu, który nie poszedł na łatwiznę powielając sprawdzone schematy tylko popuścił wodze fantazji i stworzył muzykę, którą w tym momencie czuł, bez kalkulowania jaki będzie jej odbiór.
Szykując się do słuchania albumu warto poświęcić chwilę czasu i poszukać wersji z 2010 roku, która zawiera dodatkowy krążek z wersjami demo utworów z sesji nagraniowej. Znajdziemy tu dwa utwory, które ostatecznie znalazły się na krążku oraz dziesięć „odrzutów”. Trzeba jednak powiedzieć, że „odrzuty” te spokojnie mogłyby zasilić kolejne pełnoprawne wydawnictwo Slowdive ponieważ prezentują równie wysoki, jeśli czasem nie wyższy poziom.
Demo „Crazy For You” brzmi jeszcze bardziej niespokojnie od wersji ostatecznej. „To Watch” buja niespiesznie jak gdyby był bliskim kuzynem „Rutti”. „Yesterday” prezentuje bardziej piosenkową odsłonę zespołu. Z kolei „Krautruck” kieruje muzykę w kosmiczne rejony znane ze „Slouvaki Space Station”.
Utworów dodatkowych słucha się równie dobrze jak wersji podstawowej „Pygmalion”. W głowie pozostaje jedynie świadomość tego jak trudnego wyboru musieli dokonać członkowie zespołu decydując się na wersję ostateczną podstawowego albumu.