Paradise Lost – Ascension

paradise lost ascensionParadise Lost jest jednym z moich osobistych dowodów na to, że do niektórych rzeczy trzeba zwyczajnie dojrzeć. Podchody do ekipy Anglików robię od prawie ćwierć wieku (okolice „Believe In Nothing”) ale jakoś nigdy nie było mi z ich muzyką po drodze. Oczywiście słuchałem nowych wydawnictw po ich premierze (szczególnie pamiętam „Faith Divides Us – Death Unites Us” i „Tragic Idol”) ale przygoda z nimi kończyła się po pierwszym kontakcie ponieważ ich styl nijak współgrał z moim gustem opartym m.in. o thrash czy stoner. Muzyka Anglików wydawała mi się zbyt monotonna i momentami zwyczajnie nudna.

W  czerwcu tego roku mijała okrągła, trzydziesta rocznica wydania „Draconian Times” czyli albumu ogólnie przyjętego za najlepszy w dorobku Paradise Lost. W mediach społecznościowych nie dało się uniknąć zdjęć, opinii, recenzji i historii związanych z tym albumem. Odpaliłem z ciekawości i tym razem zaskoczyło. I to do tego stopnia, że cała dyskografia zespołu znalazła się u mnie na półce po niespełna miesiącu.

Nadal nie uważam się za ultrasa Paradise Lost i widzę w ich twórczości dużo mielizn ale również zacząłem doceniać wiele momentów, które są na prawdę świetne. Pogłębianie znajomości z nią zbiegło się akurat w czasie z premierą nowego albumu.

Anglicy wrócili po pięciu latach przerwy z albumem „Ascension”, który jest siedemnastą płytą studyjną w ich dorobku. Zapowiedzi krążka dawały nadzieję, że będzie to mocny materiał. „Silence Like The Grave” po klimatycznym wstępie atakuje słuchacza doomowym, gęstym mrokiem utrzymanym w średnim tempie. W refrenach odnajdziemy tu trochę więcej przestrzeni ale nadal możemy czuć się przytłoczeni.

Druga zapowiedź – „Serpent On The Cross” rozwija się jeszcze wolniej i dopiero po upływie półtorej minuty przyspiesza i pokazuje swoje prawdziwe oblicze: ciężkie, mroczne, masywne. Utwór trwa ponad 6 minut ale tego czasu w ogóle nie czuć (no może poza intro) ponieważ jak na Paradise Lost stosunkowo dużo się tu dzieje, pojawia się ciekawa solówka czy też niewielkie zmiany tempa. W ostatecznym rozrachunku utwór otwiera album i jest to bardzo dobre otwarcie uświadamiające słuchacza czego może spodziewać się dalej.

Ostatnią zapowiedzią, która ukazała się przed premierą był „Tyrants Serenade”, który mógł zepsuć pozytywne nastawienie co do nadchodzącej premiery. Poza momentami agresywnymi wokalami utwór ten przypomina klimatem eksperymentalne czasy, którymi Paradise Lost bawił się na przełomie tysiąclecia. Nie jest to zła kompozycja ale średnio pasuje do klimatu, który zespół zbudował za pomocą dwóch poprzednich.

Siedemnasty album w dorobku zespołu przynosi ostatecznie 10 utworów (12 w wersji Deluxe). Jest to materiał momentami mocny, momentami ambitny, w całości natomiast utrzymany w klimacie, do którego zespół przyzwyczaił nas na przestrzeni ponad 30 lat. Dla jednych osób będzie to niewątpliwym atutem, inni natomiast stwierdzą, że „Ascension” jest nudny, wtórny i zachowawczy. Chociaż znajdziemy tu kilka odstępstw od reguły.

“Lay A Wreath Upon The World” nie odbiega daleko od stylu zespołu, jednak wnosi na płytę powiew świeżości i wyróżnia się na tle reszty. Utwór w dużej części utrzymany jest w konwencji akustycznej, dopiero pod koniec rozwija skrzydła i nabiera ciężaru. Zaskakujące momenty ma w sobie również „Savage Days”.

Z bardziej standardowych utworów szczególną uwagę warto zwrócić na „Diluvium”, który po ponad 2 minutach doomowej mielizny pięknie się rozwija i przyspiesza. Fragment ten jest bez wątpienia jednym z najlepszych momentów na całym „Ascension”.

„The Precipice” wydaje się być całkiem udanym wyborem jeśli chodzi o zwieńczenie albumu. Po jego końcowych dźwiękach słuchacz ma wrażenie, że pozostało coś niedopowiedzianego, niedomkniętego. Wrażenie to jest trochę popsute w wersji Deluxe, w której dostajemy jeszcze 2 dodatkowe utwory. Nie odbiegają one w żadnym stopniu od reszty treści zaprezentowanych na „Ascension”.

I tę muzyczną stabilność można uznać jednocześnie za największą zaletę jak i wadę nowego wydawnictwa. Ekipa Paradise Lost na przestrzeni ponad 35 lat wypracowała swój własny styl, który ewoluował ale stale trzymał się w pewnych ramach. Zespół nigdy nie zszedł poniżej pewnego poziomu i poziom ten również i tu został utrzymany, z kilkoma skokami „zwyżkowymi”. Jednocześnie ewidentnie zabrakło tu jakiejkolwiek nutki szaleństwa, która sprawiłaby, że „Ascension” będzie się wyróżniać na tle 3-4 poprzednich albumów zespołu.

Wiele osób zarzuca „Ascension” wtórność i zachowawczość i trudno nie przyznać krytykom racji. Pytanie na ile jesteśmy w stanie zaakceptować tę wtórność i na ile dobrze się w niej odnajdujemy. Bo przecież tak samo można powiedzieć, że od lat takie same albumy nagrywa Overkill czy swego czasu Motorhead. A jednak znalazły one uznanie w oczach krytyków i fanów i do dziś z przyjemnością się do nich wraca.

Myślę, że fani po kilku przesłuchaniach polubią się z „Ascension” na tyle, że album nie będzie kurzył się na półce. Krytyków nowy krążek nie przekona, nie podbije też raczej podsumowań rocznych. Z kolei jeśli ktoś dopiero planuje rozpocząć przygodę z Paradise Lost to ewidentnie powinien wybrać któryś z klasyków ponieważ „Ascension” może go zniechęcić do dalszej eksploracji. Sam też bym tak zrobił na co dowodem są czasy chociażby „Faith…” czy „Tragic Idol” kiedy to odpuściłem.

Na koniec jeszcze kilka słów o wydaniu fizycznym albumu. Wersja podstawa umieszczona jest w standardowym plastikowym jewelboxie. Z kolei wydanie Deluxe, wbrew nazwie sugerującej produkt klasy premium, wsadzono ordynarnie do tekturowego digisleeve, bez jakiejkolwiek tacki. Za prawie 80zł dostaliśmy 2 utwory więcej ale również produkt w budżetowym opakowaniu o podłej jakości, który za kilka lat prawdopodobnie się rozleci a płyta porysuje bo nie ma żadnego zabezpieczenia. Takie traktowanie fanów powinno być karalne….

Moja ocena -> 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *