Chyba nie ma w Polsce osoby, która chociaż raz nie słyszała „Długości Dźwięku Samotności”. Obstawiam, że przez ponad ćwierć wieku istnienia utwór ten był odtwarzany setki tysięcy razy w telewizji i różnych stacjach radiowych. Najbardziej znany fragment „Miłości w czasach popkultury” wepchnął Myslovitz na piedestał i sprawił, że album sprzedał się w ponad 200 000 egzemplarzy. Jednocześnie skrzywdził też zespół i resztę wydawnictwa, na której znajduje się sporo bardzo ciekawych utworów zepchniętych w cień jak np. „Alexander”. Wszystko co ekipa z Mysłowic stworzyła później było już przyrównywane do „MWCP” – albumu, który sprawił, że zespół miał polski rynek muzyczny praktycznie u stóp.
Ale zamiast pójść za ciosem i nagrać bezpośrednią kontynuację czegoś, co przyniosło im olbrzymi sukces, zespół stworzył „Korova Milky Bar” czyli pierwszy album, który oberwał rykoszetem „Miłości…”. Album mimo ponad 100 000 sprzedanych kopii nie zyskał należytego rozgłosu i chyba tylko fani pamiętają o innych utworach niż promowane „Acidland”, „Sprzedawcy Marzeń” oraz „Chciałbym Umrzeć z Miłości”.
Zaczerpnięcie tytułu albumu z powieści Anthonego Burgessa to nie przypadek. Chociaż początki mogły być złudne ponieważ „nie poddaj się, bierz życie jakim jest” z „Acidland” (pierwszej singlowej zapowiedzi) wprowadza na krążek elementy pozytywnego myślenia. Z błędnego nastawienia wyprowadzają słuchacza „Sprzedawcy Marzeń” oraz przede wszystkim „Chciałbym Umrzeć z Miłości”, które przytłaczają praktycznie na każdej płaszczyźnie.
W „Mechanicznej Pomarańczy” bar mleczny „Korova” jest miejscem bardzo specyficznym i mrocznym. Tak samo nasz kraj odbierali muzycy nagrywając album. Słychać to praktycznie w każdym z 12 utworów umieszczonych na wydawnictwie. Króluje tu rozczarowanie, zwątpienie, niepewność i świadomość tego, że szanse na poprawę są znikome, jeśli nie żadne.
Gdyby stworzyć ranking najsmutniejszych, najbardziej przygnębiających polskich albumów to „Korova Milky Bar” miałby bardzo duże szanse na zwycięstwo. I właśnie ta atmosfera poczucia beznadziei w połączeniu ze świetnymi kompozycjami jest największym atutem albumu. Jego siłą są utwory, które nie zostały wytypowane do promocji. To one najbardziej dosadnie pokazują obraz pogromu jaki nastąpił w barze Korova.
Pod kątem muzycznym zdecydowanie najbardziej depresyjnie wypada „Chciałbym Umrzeć z Miłości”. Ale tylko niewiele pod tym względem ustępuje mu „Wieża Melancholii” gdzie do muzyki dołącza jeszcze warstwa liryczna, którą najlepiej podsumowuje fragment „znowu dziś chciałem odmienić świat, ale z tego i tak nie wyszło nic”. Do tego duetu można jeszcze dołączyć zamykającą krążek „Pocztówkę z Lotniska” gdzie na słuchaczy czeka niespodzianka w postaci zamiany za mikrofonem.
Po kilkuset przesłuchaniach albumu mogę powiedzieć, że to właśnie teksty tworzą tutaj większość atmosfery. I niezależnie od warstwy muzycznej, bo tutaj trafiają się żywsze i bardziej energiczne fragmenty, to one sprawiają, że ogólny przekaz „Korovy” jest tak przytłaczający.
„Praca, szkoła, śmierć, zaraz wpadnę w szał, Obrzydliwy dzień, nie wytrzymam tak”, „Udaję cały czas, Tak niezwykle rzadko chce mi się śmiać”, „Gdybym jeszcze umiał się śmiać, To bym chciał umrzeć tu ze śmiechu i to nie raz”, „Jestem przez was przytłoczony, Genetycznie obciążony”. To tylko niektóre z bardzo wielu fragmentów zapadających w pamięć. I tu pojawia się kolejny fenomen tego wydawnictwa.
„Korova Milky Bar” ukazał się w 2002 roku. Po 23 latach od premiery nadal brzmi świeżo i w ogóle się nie zestarzał. Tematy, problemy poruszane w tekstach nie zniknęły tylko wybrzmiewają dziś jeszcze bardziej intensywnie i dosadnie niż w momencie ich powstawania. Dodatkowo obok nich pojawił się bardzo długi szereg tych, o których ludzie 20kilka lat temu nie mieli zielonego pojęcia. Dlatego np. „Za Zamkniętymi Oczami” można odbierać inaczej, w oparciu o dzisiejsze realia.
„Korova” jest takim muzycznym odpowiednikiem „Dnia Świra”, który również mimo upływu lat w ogóle się nie zestarzał i nadal doskonale pokazuje obraz i problemy polskiego społeczeństwa. W obu przypadkach jest to fenomenalne ale jednocześnie przerażające. I chyba nie ma zbyt dużych perspektyw na to abyśmy za 15-20 lat nie mogli wrócić do tematu z takimi samymi obserwacjami.
Pozostając w cieniu „Miłości W Czasach Popkultury”, „Korova Milky Bar” jest albumem dojrzalszym, bardziej ułożonym ale jednocześnie też zdecydowanie bardziej wymagającym. Dla mnie jest to najlepszy krążek w dorobku zespołu i jednocześnie jedna z najlepszych polskich płyt, które ukazały się w tym stuleciu.