Kadavar – Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin

Berlińczycy z Kadavar zaskoczyli słuchaczy w połowie maja, wydając album tak drastycznie różny od poprzednich, że aż ciężko uwierzyć, że to ten sam zespół, który nagrywał „Abra Kadavar” czy „Berlin”. „I Just Want To Be A Sound” to rzecz z pogranicza psychodelicznego rocka czy wręcz popu. Dla fanów przyzwyczajonych do klimatów retro rocka i stonera album ten mógł być szokujący. Ale w ogólnym rozrachunku ten materiał jak najbardziej się broni.
Krążek ten nie jest jedyną niespodzianką przygotowaną słuchaczom przez zespół w 2025 roku. Otóż niespełna 6 miesięcy po jego premierze Berlińczycy wydali kolejny album – „Kids Abandoning Destiny Among Vanity and Ruin”. Cała ta sytuacja przypomina trochę scenariusz King Gizzard & The Lizard Wizard, który również potrafią wydać kilka płyt w jednym roku. Różnica jest taka, że Australijczycy działają w ten sposób od lat, Kadavar natomiast długo milczał, bo od czasów pandemicznych nagrali tylko „Eldovar” z Elderem. Zatem pewnie przez te 5 lat materiału nazbierało się całkiem sporo.

„Lies”, czyli pierwsza zapowiedź, to klasyk gatunku: spokojny retro rock; w kilku miejscach pojawiają się syntezatory. Kadavar już tak grał. Drugi przedpremierowy utwór to z kolei totalne zaskoczenie. Wstęp to rasowy heavy metal, po chwili pojawia się hard rock znany z pierwszych wydawnictw zespołu, następnie odjeżdżamy w klimaty progresywnej elektroniki, by później posłuchać gitarowej solówki i wrócić do heavy metalu. Dzieje się tu naprawdę dużo, a wszystko to zamyka się w niespełna 7 minutach czasu trwania „Total Annihilation”.

Przed premierą albumu zespół zaserwował słuchaczom jeszcze „Explosions In The Sky”, który można uznać za bardzo bliskiego kuzyna „Lies”. Można było zatem zakładać, że efekt końcowy pracy muzyków będzie zdecydowanie bardziej zbliżony do wcześniejszej twórczości niż to, co zostało zaprezentowane na „I Just Want To Be A Sound”.

I w zasadzie jest to słuszne założenie, bo „Kids Abandoning Destiny Among Vanity and Ruin” przynosi 9 utworów, z których praktycznie tylko „Total Annihilation” ma w sobie nutę szaleństwa (nie licząc miniatury „The Corner of E 2nd & Robert Martinez”, której sensu umieszczenia na płycie chyba nie rozumiem). Reszta jest zdecydowanie bardziej bezpieczna, co wcale nie oznacza, że zła.

Ekipa Kadavar ma umiejętność pisania nośnych, chwytliwych kompozycji i tę umiejętność tutaj wykorzystuje. Praktycznie każdy z utworów ma w sobie coś, co przykuwa uwagę. „Heartache” to przede wszystkim groove i bardzo fajny refren. W „Stick It”, poza przebojowością, mamy też specyficzną, kosmiczno-orientalną solówkę. „The Children” ma sporo fragmentów hard rockowych z dużą dawką syntezatorów. W stronę klasycznego retro rocka słuchaczy kieruje utwór „K.A.D.A.V.A.R.”.

I niby stale obracamy się w klimacie hard/heavy psych/psychodelicznego rocka (bo stonera trzeba by tu szukać z lupą), ale zespół podchodzi do tematu w tak różnorodny sposób, że 41 minut spędzone z nowym albumem mija w ekspresowym tempie. Po końcowych dźwiękach nie pozostaje nam nic innego, jak stwierdzić, że Berlińczycy nagrali kolejny bardzo dobry album, który nie jest odcinaniem kuponów i powieleniem wcześniejszych schematów, tylko pisze swoją – indywidualną – historię.

Moja ocena -> 8/10

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *