W pierwszej połowie zeszłego roku , w jednym z wywiadów Gary Holt poinformował fanów, że Exodus nagrywa nowy materiał. I tego materiału jest tak dużo, że wystarczy nie na jeden, ale na dwa albumy. Sam materiał jest tak dobry, że fani dosłownie zesrają się ze szczęścia.21 stycznia tego roku zespół ujawnił okładkę nowego albumu. Podzieliła ona fanów. Już dwie poprzednie były dyskusyjne. Ale wcześniejsze udowadniały, że zespół potrafi dobierać warstwę wizualną do muzyki – dowodem na to są chociażby oba Exhibity. Tutaj jest średnio, kiczowato, z generatora. Bardzo spodobało mi się określenie z jednej z grup na FB – cover nowego albumu przypomina okładki nowofalowych kapel grających pizzathrash. I tak jak w przypadku np. Municipal Waste fajnie to współgra z muzyką tak tutaj mogło zapalić pewną lampkę awaryjną.
Jeśli lampki tej nie zapaliła okładka (bo wiadomo – to kwestia gustu) to z pewnością zrobił to premierowy utwór „3111”. Ma on cholernie dziwną konstrukcję: niesamowicie długi wstęp, po którym następuje utwór właściwy – swoją drogą bardzo dobry, przypominający starsze albumy z Dukesem i wzbudzający bardzo miłe skojarzenia. Niestety część właściwa urywa się w najmniej oczekiwanym momencie i zaczyna się bardzo długie outro. „3111” sprawia wrażenie wstępu do czegoś co będzie dalej lub bardziej – kawałka niedokończonego.
Prawdziwą konsternację wśród fanów wywołał utwór tytułowy. Jedni powiedzą, że jest inny niż wcześniejsza twórczość, wizjonerski, przełomowy. Inni, że to straszne gówno. Tylko od nas zależy po której stronie barykady staniemy. W odniesieniu do „Goliath” zespół stwierdził, że to najcięższy utwór jaki udało im się nagrać. Trudno się z tym zgodzić. Na samym „Exhibit B” mamy chociażby „Nanking” czy „The Sun Is My Destroyer”, które deklasują „Goliatha” pod każdym względem.
Krótko przed premierą zespół wypuścił jeszcze „Promise You This”, który można określić prosto – wesoły heavy metal. Nie spodziewałem się takiego utworu po Exodusie ale muszę przyznać, że wpada w ucho. Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że to nie będzie wielki album. I tak jak w memie „niby człowiek wiedzioł a jednak się łudził”.
Po pierwszym przesłuchaniu „Goliatha” słuchacz może odczuwać konsternację. Przy okazji poprzednich albumów nie za bardzo było wiadomo, do którego utworu wrócić jako pierwszego – było ich dużo z wieloma ciekawymi fragmentami. Ostatecznie kończyło się na odtworzeniu całości od początku. Tutaj nie wiadomo do czego wrócić bo tak na prawdę po przesłuchaniu niewiele zostało w głowie poza utworami sprzed premiery i to tylko dlatego, że znaliśmy je wcześniej. Zamiast fascynacji nowym materiałem czułem znużenie bo „Goliath” wielu momentach zwyczajnie mi się dłużył.
Serce zabiło szybciej przy dwóch utworach. „Hostis Humani Generis” to jedna z najbardziej pokręconych rzeczy jaką stworzył Exodus. Utwór brzmi jak zlepek przypadkowych pomysłów, panuje tu chaos, zaskakujące zmiany tempa i przejścia. W kilku momentach brzmi to tak jakby nie do końca trzymało się kupy ale dzięki temu przykuwa uwagę i sprawia, że do utworu chce się wrócić. Drugi jasny punkt to zamykający całość „The Dirtiest Of The Dozen”, który zaczyna się lekko kiczowatą heavy metalową gitarą. Ale dalej jest już zdecydowanie lepiej i przypomina wcześniejsze albumy z Robem za mikrofonem.
O pozostałych 5 utworach z „Goliath” można powiedzieć, że są. „The Changing Me” zaczyna się od przaśnego heavy metalu. Później przez chwilę jest ciekawiej ale po kilku minutach utwór zaczyna się dłużyć. I tak ciągnie się przez ponad 6 minut. Fajnie wypada „Beyond The Event Horizon”. Szybko wypala się „Two Minutes Hate”. Jednak wisienką na torcie są „Violence Works” i „Summon Of The God Unknown”. Strach pomyśleć jak słaby jest materiał na drugi album skoro na pierwszy trafiły utwory tak miałkie i nijakie. „Summon…” ma prawie 8 minut, słuchacz zaczyna się nudzić jeszcze przed połową.
W jednej z recenzji stwierdzono, że na „Goliath” Exodus gra inaczej. Nie mam z tym problemu i jestem otwarty na eksperymenty muzyczne pod warunkiem, że idą one w parze z jakością. Tu niestety nie poszły. Główną wadą „Goliatha” jest totalna przeciętność, większość utworów jest zwyczajnie nijakich, nie przykuwa uwagi i zwyczajnie nie chce się do nich wracać. To pierwsza taka sytuacja w historii zespołu. I piszę to jako szalikowiec Exodusa od momentu reaktywacji w 2004 roku.
Łeb w łeb z jakością muzyki idzie fizyczne wydanie albumu. Mamy tu do czynienia z ordynarnym digisleeve złożonym z trzech paneli. Jakiś geniusz wpadł na pomysł umieszczenia płyty w środkowym z nich, dzięki czemu jeszcze trudniej ją wyciągnąć. Cała szata graficzna sprawia wrażenie wyjątkowo budżetowej i zrobionej na odpierdol. Wystarczy popatrzeć na plecy wydawnictwa gdzie poza tytułami utworów nikt nawet nie próbował wkomponować reszty tekstu w graficzny kontekst tylko wypisał go zwykłą białą czcionką. Podobnie jest w książeczce.
Niestety na „Goliath” wszystko pięknie się zgrywa: okładka, fizyczne – dziadowskie wydanie, muzyka. Bardzo cieszyłem się z powrotu Dukesa do zespołu. Uważam, że Exodus z Robem w składzie nagrał najbardziej monumentalne i totalne albumy. Bardzo nastawiłem się na nowy album. Chyba za bardzo. I „Goliath” jest dla mnie rozczarowaniem i najsłabszym albumem zespołu nagranym po reaktywacji. I to nie Dukes jest problemem tego wydawnictwa. Moja ocena może być lekko zaniżona ale śmieszą mnie recenzje, w których krążek dostał 10/10 i jest określany jako masterpiece. Chyba słuchaliśmy innych albumów…
Po przesłuchaniu „Goliatha” słowa Holta o zesraniu się po przesłuchaniu krążka nabierają nowego znaczenia. Zakładam, że był to świetny cringe lub gdzieś w równoległej rzeczywistości istnieje prawdziwy „Goliath” a zespół tym wypuszczonym przez Napalm Records robi sobie właśnie jaja z słuchaczy na podobnej zasadzie jak kiedyś zrobił to bodajże Tool gdy przed premierą nowego albumu w sieci było pełno fejkowych utworów. Napalm Records miał być dla zespołu nowym rozdziałem ale chyba nie o takie otwarcie chodziło słuchaczom.
Moja ocena -> 6/10
In the first half of last year, in one of his interviews, Gary Holt informed fans that Exodus was recording new material. There was so much of it that it would be enough not just for one, but for two albums. The material itself was supposedly so good that fans would literally lose their minds with excitement.
On January 21 this year, the band revealed the cover of the new album. It divided the fans. The two previous covers had already been controversial. But earlier ones proved that the band could match the visual layer to the music — Exhibit A and Exhibit B are good examples of that. Here, it’s mediocre, kitschy, looks like it came from a generator. I really liked one comment from a Facebook group — that the new album cover looks like something from new wave bands playing “pizza thrash.” And while in the case of bands like Municipal Waste it works well with the music, here it could have triggered a bit of a warning light.
If the cover didn’t set off that warning (since, of course, it’s a matter of taste), then the lead single “3111” definitely did. It has a very strange structure: an incredibly long intro followed by the actual song — which, by the way, is very good, reminiscent of the older albums with Dukes and evoking very pleasant associations. Unfortunately, the main part cuts off at the least expected moment and is followed by a very long outro. “3111” feels like an introduction to something that never comes, or simply an unfinished track.
The real confusion among fans was caused by the title track. Some will say it’s different from the band’s earlier work — visionary, groundbreaking. Others will say it’s absolute garbage. It’s up to each of us which side we take. Referring to “Goliath,” the band stated that it’s the heaviest track they’ve ever recorded. That’s hard to agree with. On Exhibit B alone you have tracks like “Nanking” or “The Sun Is My Destroyer,” which outclass “Goliath” in every possible way.
Shortly before the release, the band also dropped “Promise You This,” which can be simply described as cheerful heavy metal. I didn’t expect a track like that from Exodus, but I have to admit — it’s catchy. Still, all signs in heaven and earth suggested that this wouldn’t be a great album. And just like in the meme — “you knew it, but you still hoped.”
After the first listen to “Goliath,” the listener may feel confused. With previous albums, it was hard to decide which track to return to first — there were many, full of interesting moments. In the end, you’d just replay the whole album. Here, you don’t really know what to go back to, because after listening, very little stays in your head apart from the pre-release singles — and only because you already knew them. Instead of fascination with new material, I felt fatigue, because in many moments “Goliath” simply drags on.
My heart beat faster only during two tracks. “Hostis Humani Generis” is one of the most twisted things Exodus has ever created. It sounds like a collage of random ideas — chaotic, with surprising tempo changes and transitions. In some moments it feels like it barely holds together, but that’s exactly what makes it engaging and worth revisiting. The second highlight is the closing track “The Dirtiest Of The Dozen,” which starts with a slightly cheesy heavy metal guitar. But then it gets much better and brings back the vibe of earlier albums with Rob on vocals.
About the remaining five tracks on “Goliath,” you can simply say that they exist. “The Changing Me” starts with crude heavy metal. It gets more interesting for a moment, but after a few minutes it begins to drag — and continues like that for over six minutes. “Beyond The Event Horizon” sounds very nice. “Two Minutes Hate” burns out after dozen of seconds. However, the real low point comes with “Violence Works” and “Summon Of The God Unknown.” It’s scary to think how weak the material for the second album must be if tracks this bland made it onto the first one. “Summon…” is nearly eight minutes long, and the listener starts getting bored before reaching the halfway point.
In one of the reviews, it was said that on “Goliath” Exodus plays differently. I don’t have a problem with that — I’m open to musical experimentation, as long as it comes with quality. Unfortunately, it doesn’t here. The main flaw of “Goliath” is total mediocrity — most of the tracks are simply bland, unremarkable, and not something you want to come back to. This is the first time this has happened in the band’s history. And I say this as a die-hard Exodus fan since their 2004 reunion.
The physical edition of the album matches the musical quality. We’re dealing with a cheap three-panel digisleeve. Some genius decided to place the disc in the middle panel, making it even harder to take out. The entire visual presentation feels extremely budget and thrown together. Just look at the back cover — apart from the track titles, no one even tried to integrate the rest of the text into the graphic design, just slapped it on in plain white font. The booklet is no different.
Unfortunately, everything about “Goliath” aligns perfectly: the cover, the poor physical edition, the music. I was really happy about Dukes returning to the band. I believe Exodus with Rob in the lineup recorded their most monumental and intense albums. I had very high expectations for this release — probably too high. And for me, “Goliath” is a disappointment and the weakest album the band has released since their reunion. And Dukes is not the problem here. My rating may be a bit low, but I’m amused by the reviews that give this album a 10/10 and call it a masterpiece. I guess we listened to different albums…
After listening to “Goliath,” Holt’s words about fans losing themselves after hearing the album take on a new meaning. I assume it was either a great cringe moment, or somewhere in a parallel universe there exists a real “Goliath,” and with this one released through Napalm Records, the band is simply messing with listeners — similar to what Tool once did, when fake tracks flooded the internet before their album release. Napalm Records was supposed to be a new chapter for the band — but this is probably not the kind of opening fans were hoping for.
My rate -> 6/10
Widzisz, Ciebie śmieszą recenzje, w których krążek dostał 10/10 i jest określany jako arcydzieło, a kogoś innego śmieszy Twoja słaba ocena tego albumu.
Jak dla mnie Exodus nagrał bardzo dobry album, bez żadnych słabych momentów. Okładka również jest świetna.
Na tym polega piękno muzyki, że jednym podoba się to, innym tamto. Jestem szalikowcem Exodusa od czasów „Tempo…” i nowy album jest dla mnie asłuchalny.
No widzisz, dla mnie płyty z Zetro są asluchalne (a już dwie ostatnie najbardziej) przez jego wokal, który jest komiczny.
Nowy album to może nie jest 10/10, ale solidne 7 już tak.
Okładka koszmarna, ale u Exodus to nic nowego.
Ja od zawsze jestem #teamdukes ale akurat ostatnie 2 albumy z Zetro lubię. Chociaż wolałbym same instrumentale bo muzycznie to dobre płyty 🙂
Nowa Płyta i nowe wyrwanie , po pierwszym przesłuchani płyty nie można oceniać albumu, wsłuchajcie się w technikę gry !!! Jakość dźwięków ok obróbka rownierz ! Szczerze recenzja tej płyty przedstawiona jest tutaj strasznie!
O jakiej technice piszesz? Technika to była na Exhibit A i B czy na dwóch poprzednich albumach. Tutaj totalnie nie ma polotu. Kompozycyjnie album leży. Jakość dźwięków i obróbka? Moim zdaniem album przeprodukowano. I to nie tylko moje zdanie 🙂
Ja się nie zgodzę. Myślę, że ocena jest zdecydowanie za wysoka. Gary Holt w niedawnym wywiadzie powiedział, że obecnie Exodus niszczy Metallikę, ale w kontekście tego albumu brzmi to jak słaby żart. „Goliath” to najgorsza płyta Wielkiej Szóstki Thrashu (Wielka Czwórka + Testament i Exodus) w XXI wieku, nie licząc „Lulu”.
Pozdrawiam!
Ja podwyższyłem z 5 na 6 ale przesłuchałem jeszcze kilka razy i chyba jednak wróciłbym do 5. Goliath jest lepszy od wszystkiego co ostatnio Meta nagrywała i tyle. Reszta ten album miażdży. No ewentualnie przaśny Kreator na tym samym poziomie…. Holta odkleiło:)