Despizer – Krew

Bardzo lubię biegać przy dźwiękach twórczości Napalm Death. Muzyka tworzona przez Brytyjczyków sprawia, że chce się podkręcić tempo i nabić jeszcze jeden kilometr a później następny i następny. Ale czasem trzeba posłuchać czegoś innego – tak dla odmiany. Taką odmianą kilka lat temu była dla mnie Krzta z albumem „ŻÓŁĆ.NISZCZENIE.ZGLISZCZE.” I chyba znalazłem w końcu polskiego następcę tego albumu.

Despizer powstał 12 lat temu w Pabianicach z inicjatywy muzyków obracających się wcześniej w klimacie black/death. Już rok później ukazał się debiut z 4 lata później drugi album. Na jego następcę z kolei przyszło nam czekać długich 8 lat. Ale było warto.

„Krew” to lekko ponad 35 minut grania utrzymanego w klimacie hardcore, crust punk, d-beat z lekkimi naleciałościami z pierwotnych projektów muzyków czyli death i black metalu. „ŻÓŁĆ.NISZCZENIE.ZGLISZCZE.” Krzty przekonał mnie do siebie swoją prostą, bezpośrednią i szczerą agresją i gniewem. Identycznie jest w przypadku „Krwi”.

Jeśli wydaje Ci się, że jesteś na coś ostro wkurwiony to ekipa Despizer udowodni, że oni są wkurwieni jeszcze bardziej. I przez 35 minut trwania albumu muzycy będą próbowali przekonać Cię, że świat upada i nie ma już dla niego ratunku. I trzeba powiedzieć, że Despizer robi to w sposób bardzo przekonujący.

Album jest niesamowicie ciężki, przytłaczający i przygnębiający ale jednocześnie dynamiczny i zróżnicowany. Po otwierającym album „Trzeba Umrzeć” utrzymanym w średnim tempie krążek mocno przyspiesza w „Ślepcu” i trzech kolejnych utworach. Dość wyraźnie zwalniamy dopiero z „Strużce Krwi”. Mogłoby się wydawać, że podobnie będzie w zamykającej album, wręcz monumentalnej „Megalomanii”, która trwa ponad 11 minut.

Nic bardziej mylnego bo tutaj tempo w wielu fragmentach jest iście sprinterskie. A dodatkowo muzycy pozwalają sobie na popuszczenie wodzów fantazji i zabawę formą wybiegającą poza ramy, w których twardo tkwili przez resztę płyty. Pomimo „absurdalnego” czasu trwania to właśnie „Megalomania” robi największe wrażenie ze względu na swoje rozbudowanie, zmiany tempa, stylu. Reszta „Krwi” jest materiałem zdecydowanie mniej skomplikowanym. Całość łączy jedno słowo – gniew.

I właśnie to sprawia, że „Krew” tak wciąga. Ekipa Despizer przelała swoje wkurwienie na dźwięki, które są szczere i prawdziwe a nie wykalkulowane czy wyrachowane. Podobnie jest z agresywnym, wściekłym wokalem Tomka Piotrowskiego i jego tekstami. Ogólna konkluzja jest taka, że nie ma już dla nas ratunku

Wątpię żeby „Krew” sprawiła nagle, że Despizer wypłynie na szerokie wody i podbije zestawienia najlepszych albumów mijającego roku, zarówno pod kątem sprzedażowym jak i poziomu samego wydawnictwa. Ale wątpię też, że o to chodziło muzykom.

Muszę przyznać, że dawno żadnego albumu utrzymanego w takiej stylistyce nie słuchało mi się tak dobrze jak „Krwi”. Przy tych dźwiękach faktycznie nogi szybciej niosą, a sprawdza się on przecież nie tylko przy bieganiu. Jest to bez wątpienia najlepsza pozycja w dotychczasowym dorobku zespołu: zarówno pod kątem warsztatowym, kompozycyjnym jak i brzmieniowym. „Krew” jest też materiałem najbardziej spójnym. Na koniec jeszcze olbrzymi plus za poligrafię wydawnictwa. Okładka tego albumu jest cudowna.

Moja ocena -> 8/10

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *