Deftones – private music

Deftones private musicNowy album Deftones – „private music”, to bez wątpienia jedno z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń muzycznych tego roku. Od premiery „Ohms” minęło już pięć lat co stanowi najdłuższą przerwę wydawniczą w historii zespołu. W tym czasie pojawiały się plotki o zmianach personalnych, spekulacje na temat kierunku brzmienia i przede wszystkim pytanie, czy Deftones „dowiezie” i jeszcze nas czymś zaskoczy. „private music” jest nie tylko potwierdzeniem statusu zespołu, ale też pokazuje, że nawet po trzech dekadach na scenie można brzmieć świeżo i intensywnie bez odkrywania koła na nowo.

Za produkcję albumu zabrał się Nick Raskulinecz, czyli człowiek dobrze znany z „Diamond Eyes” i „Koi No Yokan”. Wybór ten świadczy o tym, że zespół chciał dopracować krążek w najdrobniejszych szczegółach ponieważ właśnie z Nickiem nagrali albumy najbardziej doszlifowane i świetnie brzmiące. Raskulinecz potrafi uchwycić unikalne napięcie między agresją i subtelnością, które stanowi fundament stylu ekipy z Sacrameto.

„private music” brzmi zatem potężnie i gitary atakują nas ścianą dźwięków, ale jednocześnie zostawiają bardzo dużo przestrzeni dla wokalu i alementów spokojnych, ambientowych czy shoegaze. Warto zwrócić uwagę także na udział Freda Sablan w roli basisty studyjnego – jego gra nie wybija się na pierwszy plan, ale fajnie współgra z resztą instrumentów dzięki czemu całość brzmi jak jeden organizm.

Już otwierający całość „my mind is a mountain” zdradza, że Deftones nie zamierzają odcinać kuponów od dawnych sukcesów. To utwór mocny, masywny, pełen ciężaru, a zarazem otwierający przestrzeń dla charakterystycznej wokalnej melancholijnej maniery Chino Moreno. Ten współgrający kontrast surowej siły i subtelnej wrażliwości przewija się przez całą płytę.

W „Cut Hands” wokalista przechodzi od intymnego szeptu do pełnego krzyku, co daje efekt intensywności, jakiej brakowało chociażby na „Gore”. Z kolei „Infinite Source” to przykład tego, jak Deftones potrafią pisać melodie, które na długo nie chcą opuścić głowy – mocne refreny zestawione z przestrzennymi partiami gitar robią bardzo duże wrażenie.

Po drugiej stronie barykady znajdziemy numery zdecydowanie bardziej spokojne inastrojowe, niemal medytacyjne, jak „i think about you all the time” czy „departing the body”. Tu zespół pozwala sobie na wyciszenie, budowanie atmosfery opartej o shoegaze i ambient. To nie tylko kontrast wobec mocniejszych fragmentów albumu, ale też dowód na to, że Deftones świetnie czuje się na obu muzycznych biegunach.

Z kolei „Souvenir” to swego rodzaju wisienka na torcie – dłuższa, rozbudowana kompozycja, która rozwija się stopniowo, niemal filmowo. Słychać tu cierpliwość w budowaniu napięcia i umiejętność prowadzenia słuchacza przez kilka emocjonalnych etapów, bez poczucia nudy.

Nie da się ukryć, że „private music” w wielu momentach gra na sprawdzonych patentach i elementach, które dobrze już znamy. Pewne schematy mogą przypominać rozwiązania znane z „Ohms” czy wcześniejszych płyt. Dla jednych będzie to dowód konsekwencji , dla innych – brak ryzyka i powtarzalność, odcinanie kuponów.

Czasem też w bardziej melodyjnych fragmentach brakuje takiej kropki nad i – jakby zespół wahał się, czy pójść w stronę ballady, czy eksplozji, i zatrzymywał się w pół kroku. Elementy te nie odbierają jednak radości z słuchania albumu, na który jednak dość długo czekaliśmy. Poza tym Deftones grają w swojej lidze i chyba nikt nie oczekiwał od nich przewrotu i wymyślenia siebie na nowo. Zabrakło jedynie w minimalnym stopniu tej nutki szaleństwa.

Największą siłą „private music” jest szczerość. Deftones zawsze byli mistrzami łączenia ciężaru z delikatnością, ale tutaj ten balans wydaje się szczególnie dopracowany. Nie jest to album robiony „na siłę” tylko raczej z potrzeby serca i wyrażenia się – z gniewu, z melancholii, z pragnienia odnalezienia piękna w hałasie.

Chino Moreno śpiewa tak, jakby każde słowo miało znaczenie, a instrumenty nie tylko towarzyszą, ale współtworzą narrację. Fani odnajdą się w tym bardzo szybko. Osoby, którym wcześniej Deftones nie podpasował raczej zdania nie zmienią i zespołu nagle nie pokochają.

„private music” nie jest na żadnej płaszczyźnie rewolucją, ale nie musi nią być. To płyta, która pokazuje, że zespół z Sacramento wciąż jest zjawiskiem unikalnym – żadna inna grupa nie potrafi w taki sposób mieszać metalu, alternatywy, shoegaze’u i elektroniki, tworząc muzykę jednocześnie agresywną i kontemplacyjną. To materiał spójny, bogaty i angażujący, a przy tym idealnie reprezentujący cały dorobek zespołu.

Dla wiernych fanów jest to album obowiązkowy, a dla nowych słuchaczy – doskonała okazja, by zrozumieć, dlaczego Deftones od lat mają status kultowej formacji oraz dlaczego przypinanie zespołowi etykiety „nu metal” jest niezwykle krzywdzącą. In minus wyróżnia się tu jedynie tragiczne wydanie fizyczne albumu w formie ecopacka. Fakt faktem – jest tu książeczka ale wydawanie płyt w kawałku tektury i przy takiej cenie, powinno być karane.

Moja ocena -> 8/10

Jeden komentarz do “Deftones – private music”

  1. Dzięki za recenzje. W pełni się zgadzam co do opisu i oceny. Płytkę trzeba trochę posłuchać aby dojść do takich wniosków co chyba najbardziej uwielbiam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *