Biohazard – Divided We Fall

biohazard divided we fallNa przełomie wieków w telewizjach muzycznych można było trafić na bloki z cięższym brzmieniem. MTV miało swoje „Headbangers Ball”, Viva zaś „Hell’s Kitchen”. W czasach Internetu „na kartki” programy te były źródłem inspiracji i kopalnią nowych zespołów, których muzyki szukało się później na różne sposoby. W ten sposób poznałem Nirvanę czy Alice In Chains. Któregoś dnia trafiłem na teledysk do „Shades Of Grey” Biohazard. Zrobił na mnie wielkie wrażenie. Było to coś innego niż znałem do tej pory: bardziej agresywne, brutalne. Idealnie pasowało do etapu „buntu nastolatka”.

Do czasu premiery „Uncivilization” w 2001 roku znałem już całą wcześniejszą dyskografię zespołu, kolejne albumy poznawałem już na bieżąco. Do dziś olbrzymim sentymentem darzę wspomniany krążek jak i jego następcę czyli „Kill Or Be Killed”, który (mimo ogólnej krytyki) uważam za świetny album: najcięższy i najbardziej brutalny w całej dyskografii Nowojorczyków.

Na krótko przed wydaniem „Reborn In Defiance” w 2012 roku Evan Seinfeld odszedł z zespołu. Jego miejsce za mikrofonem zajął Scott Roberts. Ale chyba nie za bardzo to wszystko grało bo 4 lata później zespół zawiesił działalność. Dobra wiadomość nadeszła pod koniec 2022 roku kiedy ogłoszono, że zespół się reaktywuje  i to w oryginalnym składzie bo wraca Seinfeld.

Jeszcze lepszy news pojawił się chwilę później ponieważ okazało się, że Biohazard zagra na Pol’and’ Rocku. I tak w 2023 roku na lotnisku pod Czaplinkiem kwartet udowodnił, że mimo 36 lat na scenie i 50tki na karku nadal mają w sobie olbrzymie pokłady energii. Nowa płyta wręcz wisiała w powietrzu.

Dziwne, że musieliśmy na nią czekać jeszcze ponad 2 lata. Ale w końcu jest. Po 13 latach studyjnej ciszy ukazał się dziesiąty album w dorobku Nowojorczyków. Poprzedziły go 4 zapowiedzi co jest o tyle dziwne, że cały album ma 10 utworów zatem przed premierą znaliśmy już 40% materiału. Chyba nikt nie spodziewał się po nim jakiegoś  przełomu i odkrywania koła na nowo. I właśnie taki materiał otrzymaliśmy.

„Divided We Fall” to przekrój przez całą twórczość Biohazard. Jedni nazwą to odcinaniem kuponów i żerowaniem na sentymentach i w zasadzie ciężko będzie nie przyznać im racji. Jednak jeśli ktoś spędził dziesiątki godzin katując „Urban Discipline” czy „State of the World Address” to tutaj również będzie bawić się bardzo dobrze ponieważ zespół stworzył jeden z lepszych materiałów nagranych w tym stuleciu.

Już po zapowiedziach można było wnioskować, że szykuje się coś interesującego. Bardzo szybki „Forsaken” brzmi jak bliski kuzyn materiału stworzonego na „Mata Leao”. Identyczna sytuacja ma miejsce w przypadku „Fuck The System”. „Eyes On Six” to już nowsza odsłona Biohazard: z początku walcowata ale jednak po chwili znacznie podkręca tempo. Z przedpremierowej czwórki najwolniejsze tempo prezentuje „Death To Me”, który można by podciągnąć pod poprzednie wydawnictwo. Obok „Fight To Be Free” to najwolniejszy moment albumu.

Poza nimi jest szybko lub też bardzo szybko. „Word To The Wise” i „I Will Overcome” po lekkiej zmianie brzmienia mogłyby się odnaleźć na „Kill Or Be Killed”, z kolei „Tear Down The Walls” w klimatach z okolic 1995 roku. Największy problem z przyklejeniem łatki jest chyba w wypadku zamykającego album „Warriors”. Ale również i w nim odnajdziemy sporo nawiązań do przeszłości.

I z pewnością wtórność będzie najczęstszym zarzutem malkontentów i sceptyków tego wydawnictwa. Ale tak jak np. w przypadku twórczości Bad Religon nikt nie oczekiwał rewolucji tak i tu ciężko było spodziewać się przełomu. Od ekipy Biohazard dostaliśmy coś co doskonale znamy i lubimy czyli rasowy nowojorski hardcore. Przy takim założeniu słuchanie „Divided We Fall” sprawi nam dużo frajdy. Jest ona o tyle większa, że sam jeszcze 2 lata temu nie wierzyłem, że Nowojorczycy nagrają jeszcze coś nowego. A jednak nagrali i liczę na to, że to jeszcze nie ostatnie słowo w ich wykonaniu.

Moja ocena -> 8/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *