Archiwa tagu: hardcore

Burn The Priest – Legion: XX

burn the priest legion xxZ okazji zbliżającego się 20-lecia istnienia ekipa Lamb Of God wydała nowy album. Ale żeby nie było zbyt łatwo: zrobiła to pod szyldem Burn The Priest a album zawiera same covery. Od razu należą się wyjaśnienia. Otóż Burn The Priest to pierwsza nazwa Lamb Of God, pod którą zespół egzystował w latach 1994-1999. Covery są natomiast swego rodzaju hołdem dla zespołów, które odegrały szczególną rolę w kształtowaniu stylu grupy. Czytaj dalej Burn The Priest – Legion: XX

Nails – You Will Never Be One Of Us

nails you will never be one of usCzy można sponiewierać kogoś jak brudną szmatę do podłogi w niecałe 22 minuty? Okazuje się, że można. Wystarczy włączyć takiej osobie najnowsze dzieło ekipy Nails.

Jeszcze wczoraj myślałem, że po zapoznaniu z twórczością Converge już nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. Byłem w błędzie. Ale zacznijmy od początku. Czytaj dalej Nails – You Will Never Be One Of Us

Kvelertak – Nattesferd

kvelertak nattesferd1985 to dobry rocznik. Prawdę mówiąc to mój rocznik także musiał być dobry;) Zatem utwór pokręconych Norwegów, zapowiadający zbliżający się album, również powinien skoro zawierał taką a nie inną kombinację cyfr. Jednak teoria nie zawsze idzie w parze z praktyką i „1985” zrobił na mnie zdecydowanie kiepskie wrażenie.

Nie mogę powiedzieć żebym przebierał nogami w oczekiwaniu na zbliżający się „Nattesferd”. Po usłyszeniu jego zapowiedzi robiłem to w jeszcze mniejszym stopniu. Czytaj dalej Kvelertak – Nattesferd

Hatebreed – The Concrete Confessional

hatebreed concrete confessionalHatebreed to pewnego rodzaju fanomen: od prawie 20 lat grają praktycznie to samo a i tak informacje o nadchodzącym nowym wydawnictwie wywołują u mnie szybsze bicie serca i tupanie nogą w oczekiwaniu na premierę. Odsłuch efektów pracy muzyków z Wellingford zawsze sprawia mi wielką przyjemność i na mojej twarzy pojawia się uśmiech zadowolenia.

W przypadku „The Concrete Confessional”  ten banan od ucha do ucha ma o tyle ułatwione zadanie, że krążek rozpoczyna się od niesamowitego uderzenia w postaci „A.D.” Czytaj dalej Hatebreed – The Concrete Confessional

Armia – Toń

armia tońSześć lat minęło od bardzo owocnego dla Armii roku 2009. Światło dzienne ujrzały wtedy „Der Prozess” i „Freak”. Pierwszy z nich to jeden z najbardziej wyrazistych albumów w dorobku zespołu, krążek nietuzinkowy, wybijający się ponad ligową szarzyznę mimo kilku wad (związanych głównie z Budzym). Drugi natomiast to rzecz totalnie odjechana, oderwana od rzeczywistości, nie mająca nic wspólnego z dotychczasowym dorobkiem zespołu. Bardziej można ją traktować jako eksperyment i odskocznię od właściwego toru niż poszukiwanie nowej drogi.

Od premiery obu tych wydawnictw minęło już sporo czasu ale wreszcie ukazał się nowy materiał – „Toń”. Sześć lat to szmat czasu, wiele wody w Wiśle upłynęło, świat się zmienił. Czytaj dalej Armia – Toń

Hatebreed – Satisfaction Is The Death Of Desire

hatebreed satisfaction is the death of desireKilka sekund powyżej 26 minut… Tyle przeciętnie przekraczają EPki niektórych zespołów, nawet single bywają dłuższe. A tu ekipie Hatebreed w 1997 roku w 26:05 udało się upchnąć debiutancki, pełnoprawny album. Żeby było śmieszniej to na ten „śmieszny” czas trwania składa się 14 utworów. Średnia zatem wychodzi wyborna;) Ale w żaden sposób nie przeszkadza to w odbiorze Satisfaction Is The Death Of Desire. Ba! Koncentracja i upakowanie jest olbrzymim atutem tego wydawnictwa. Gdy już podzielimy sobie te 26 minut na 14 tracków to jak by tego nie liczyć otrzymamy przeciętny czas trwania poniżej 2 minut. Czasu na rozwodzenie się i przeciąganie zatem nie ma. Hatebreed już w debiucie gra krótko, zwięźle i na temat. Większość z utworów tutaj zawartych to energetyczne piguły, szybkie i celne pociski trafiające słuchacza między oczy. A może uszy? „Empty Promises”, „Burn The Lies”, „Conceived Through An Act Of Violence”, „Afflicted Past”, Czytaj dalej Hatebreed – Satisfaction Is The Death Of Desire

Hatebreed – The Divinity Of Purpose

hatebreed divinity of purposeHatebreed się nie zmienia, nie odkrywa Ameryki, nie przeciera nowych szlaków, nie szuka nowych rozwiązań. I chwała zespołowi za to! Ekipa z Jestą na czele od wielu lat robi to samo i robi to dobrze. Zazwyczaj nie lubię wtórności, odgrzewania kotletów i odcinania kuponów. Sytuacja ta nie dotyczy właśnie m.in. Hatebreed. Nie wypada tu nawet mówić o odcinaniu kuponów. Hardcore to specyficzny gatunek, do którego ciężko upchnąć coś nowatorskiego a i tak każdy album zespołu urywa tyłek. The Divinity Of Purpose ze zdwojoną siłą – takiej frajdy z słuchania ich nie miałem od 2006 roku czyli czasów Supremacy(po drodze był jeszcze tylko Hatebreed w 2009 roku także powodów do radości za dużo nie było – zwłaszcza, że album był minimalnie słabszy od poprzednika). TDOP od pierwszych dźwięków wali słuchacza z siłą huraganu. „Put It To The Torch” jest świetnym otwieraczem i zapowiedzią tego co czeka nas dalej. Czytaj dalej Hatebreed – The Divinity Of Purpose

Hatebreed – Supremacy

hatebreed supremacyJakiś czas temu stojąc przed moją kolekcją płyt doszedłem do wniosku, że mam już praktycznie wszystko co mieć chciałem więc mogę czuć się muzycznie „spełniony”. Kilka godzin później pech chciał, że na allegro trafiłem na Supremacy w świetnej cenie (niecałe 15zł z przesyłką). Cholera! Miałbym nie mieć w domu krążków, którymi katowałem sąsiadów w drugiej połowie zeszłej dekady? Nie ma mowy:) Kilka dni później Supremacy była już u mnie na półce. Wszystko zaczęło się właśnie w roku premiery tego krążka czyli 2006. Do sięgnięcia po to wydawnictwo zachęciła mnie recenzja w Teraz Rocku. Po pierwszym kontakcie z Supremacy długo zbierałem szczękę z podłogi. Gdzieś, kiedyś przeczytałem opinię, że album ten jest takim Reign In Blood XXI wieku. Hola hola!! Ale ktoś się zagalopował… Ale czy aby na pewno do końca? Czytaj dalej Hatebreed – Supremacy

Biohazard – Urban Discipline

biohazard urban disciplineKilka dni temu poczułem niespotykaną od bardzo dawna wenę na słuchanie czegoś szybkiego, ciężkiego i prostego ale jednocześnie dającego niesamowitego kopa. A co się sprawdza najlepiej w powyższych warunkach? Oczywiście amerykański/nowojorski hardcore! W mojej kolekcji nie mam zbyt dużego pola manewru jeśli chodzi o ten gatunek zatem z biegu padło na Biohazard. Decyzja o wyborze albumu była już zdecydowanie trudniejsza. Padło na krążek, od którego w moim przypadku wszystko się zaczęło czyli właśnie Urban Discipline. Był początek tego milenium, na vivie i w MTV można jeszcze było usłyszeć muzykę. Podczas przerzucania kanałów trafiłem na jednej z powyższych stacji na pasmo z cięższym graniem i tam na drugą połowę teledysku do „Shades Of Grey”. Od dłuższego czasu byłem już wtedy na etapie poszukiwania muzyki ciężko przyswajalnej i trudnej w odbiorze Czytaj dalej Biohazard – Urban Discipline