Kurt Cobain – Montage Of Heck: The Home Recordings

kurt cobain montage of heck the home recordingsW przypadku tego wydawnictwa będzie krótko, zwięźle i na temat.

Lubię Nirvanę. W moim życiu był okres, w którym niemiłosiernie katowałem „Nevermind”, „Incesticide” i troszkę później „In Utero”. Do dziś praktycznie bezkrytycznie podchodzę do tych wydawnictw (chociaż zdaję sobie sprawę, że krytyczne recenzje mają bardzo dużo racji) i uznaję unplugged Nirvany za jeden z lepszych jakie kiedykolwiek powstały.

Można zatem powiedzieć, że lubię Nirvanę nawet bardzo. Nie lubię / nienawidzę natomiast innej rzeczy: cwaniactwa, chamstwa i żerowania na innych. I z przykrością muszę stwierdzić, że podczas słuchania „Montage Of Heck: The Home Recordings” skumulowała się we mnie niespotykana od dawna dawka negatywnych emocji. Ale jak miałaby się nie skumulować skoro wydawnictwo to jest jawnym i bezczelnym skokiem na kasę fanów artysty i całego zespołu?

Nie zagłębiałem się od dawna w perturbacje związane ze „spuścizną” po Kurcie i szczerze mówiąc totalnie mnie ta sytuacja nie obchodzi. Nie wiem zatem komu zabrakło pieniędzy na waciki, że zgodził się na wydanie tego „potworka”… Courtney? Ktokolwiek by to nie był to i tak zasługuje na pręgierz. Ale o co chodzi? O co tyle hałasu? Już tłumaczę. „Montage Of Heck: The Home Recordings” to m.in. zbiór wczesnych/amatorskich nagrań demo w wykonaniu Cobaina. W wersji deluxe uzbierało się tego tałatajstwa 31 sztuk o łącznym czasie trwania przekraczającym 70 minut – dla przeciętnego człowieka jest to dawka przekraczająca wszelkie normy.

Jest to materiał, przez który ciężko przebrnąć, ciężko przetrawić. Dlaczego? Z prostej przyczyny: oprócz bardzo wczesnych wersji utworów takich jak np. „Been A Son”, „Frances Farmer…”, „Something In The Way” i ciekawostek typu np. „The Yodel Song” czy „And I Love Her” znalazło się tutaj chyba wszystko co Kurt zdołał zarejestrować w jakikolwiek sposób. Brakuje tu chyba tylko odgłosu stękania w czasie „posiedzenia na tronie” i dźwięku wydawanego po dość mocnym przesadzeniu z alkoholem. Poza tym możemy spodziewać się tutaj wszystkiego: od niemających jakiegokolwiek sensu zlepków różnych dźwięków(„Montage Of Kurt”), przez irytujące twory pokroju „Beans” po nic niewnoszące monologi typu „Sea Monkeys”. Wszystko byłoby w porządku gdyby stanowiły one miły dodatek do całego wydawnictwa a nie jego większość…

A jeśli już jesteśmy w temacie dodatków to krążek ten kojarzy mi się od razu z „Kultem Kazika”. Różnica jest taka, że tam CD był tylko dodatkiem do książki, jej uzupełnieniem. „Montage Of Heck…” jest natomiast pełnoprawnym wydawnictwem, które można nabyć w pierwszym lepszym sklepie z płytami…. W konwencji kazikowej byłoby to jeszcze do zaakceptowania (tam przedstawiało wczesną odsłonę Kultu i pozwalało zapoznać się z utworami, których dziś już niestety nie mamy szansy usłyszeć np. „Stara Armada”, „Zabiłem Kolegę Na Poligonie” i jeszcze parę innych), niestety w tej obecnej nie jest….

„Montage Of Heck…” to rzecz, która nigdy nie powinna zostać wydana w obecnej formie. Jest to jawny i chamski skok na kasę fanów zespołu (którzy, głupi, i tak to kupią). Mam nadzieję, że nie ma już więcej żadnych taśm z nagraniami Kurta. Myślę, że on sam przewraca się w grobie widząc co jego „najbliżsi” robią z rzeczami, które po sobie pozostawił (ostatnio ktoś kupił jego sweter za kosmiczne pieniądze…). Mimo, że mogę uznać siebie za fana zespołu to słuchania „Montage Of Heck…” sprawiło mi więcej bólu niż przyjemności. Ostatnio podobne uczucie miałem w czasie słuchania „Lulu” Metalliki i Lou Reeda a to już o czymś świadczy. Za wydawanie takiego czegoś powinno się przykładnie karać… Omijać szerokim łukiem… A te 40-50zł lepiej przeznaczyć na kupon Lotto. Tam przynajmniej przez chwilę jest nadzieja na coś pozytywnego. Tu jej brak króluje od początku do końca…

Moja ocena -> 2/10

4 myśli nt. „Kurt Cobain – Montage Of Heck: The Home Recordings”

  1. Chwilami miałem wrażenie, że czytam Porcys – dobra robota!
    Chyba nawet nie mam ochoty na słuchanie tego albumu, chociaż „Sappy” mi się nawet podobało. Ostatnim wydawnictwem Nirvany powinno być Unplugged (zarówno CD jak i DVD) i ew. ten Best Of gdzie było You Know You’re Right.
    A co do Nirvany i tego co grała… ostatnio opisałem na wskroś Nevermind, bez bawienia się w zjeżdżanie tego albumu czy zachwycanie się nim. To tylko dość dobry album z przebłyskami świetności 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *